Portal Gość Niedzielny relacjonuje 40. rocznicę zimowego wejścia Jerzego Kukuczki i Krzysztofa Wielickiego na Kanczendzongę (8586 m), podkreślając sukces sportowy polskich himalaistów. Artykuł koncentruje się na szczegółach technicznych wspinaczki, śmierci Andrzeja Czoka oraz późniejszych polskich osiągnięciach w masywie. Brakuje jednak głębszej refleksji nad moralnym i duchowym wymiarem niepotrzebnego narażania życia dla ziemskiej chwały.
Naturalistyczna glorifikacja ryzyka
„Sukces sportowy wyprawy został okupiony najwyższą ceną” – pisze portal, traktując śmierć człowieka jako nieunikniony koszt „postępu” alpinizmu. Tymczasem Kościół katolicki naucza, że życie ludzkie jest święte (sanctitas vitae) i nie może być świadomie wystawiane na niepotrzebne niebezpieczeństwo dla zdobycia laudis humanae (ludzkiej chwały). Już Summa Theologica św. Tomasza z Akwinu (II-II, q. 64, a. 5) wyraźnie potępia lekkomyślne narażanie życia, które jest darem Bożym. Jak zaznaczył Pius XI w encyklice Casti Connubii, człowiek nie jest panem życia i śmierci, lecz jedynie szafarzem.
Zapomniana perspektywa wieczności
Cały tekst operuje pojęciami czysto naturalistycznymi:
„Nasza wiedza o medycynie górskiej była wówczas zerowa”
– wspomina Krzysztof Wielicki. Brak jakiejkolwiek wzmianki o przygotowaniu duchowym, modlitwie, zaopatrzeniu sakramentalnym czy chrześcijańskiej postawie wobec śmierci. Tymczasem w obliczu niebezpieczeństwa, Ecclesia semper docuit (Kościół zawsze nauczał), iż podstawowym obowiązkiem katolika jest stan łaski uświęcającej. Śmierć w warunkach wysokogórskich niemal uniemożliwia przyjęcie ostatnich sakramentów, co stawia pod znakiem zapytania wieczny los dusz himalaistów.
Fałszywy heroizm vs. cnota męstwa
Relacja z zejścia ze szczytu obnaża duchową pustkę tej formy „heroizmu”: „Nieładnie postąpiłem. Czekałem na Jurka trochę i jak zobaczyłem, że jest w kopule podszczytowej, tak z 40 metrów ode mnie, to zacząłem schodzić, nie czekając aż dojdzie do mnie, bo byłem zmarznięty”. Prawdziwe męstwo katolickie (fortitudo), którego wzór dali męczennicy, polega na pogardzie dla wygód cielesnych w służbie wyższych wartości, nie zaś na ucieczce przed dyskomfortem po osiągnięciu osobistego celu.
Kult bożka sportu
Portal bezkrytycznie powiela światową narrację gloryfikującą „zdobywców” gór:
„Na Kanczendzondze […] zaginęła w maju 1992 roku jedna z najwybitniejszych himalaistek świata Wanda Rutkiewicz”
. Słowo „wybitna” w odniesieniu do osoby, która świadomie odrzucała ars moriendi (sztukę dobrego umierania), jest głęboko niekatolickie. Jak przypomina św. Paweł: „Ćwicz się w pobożności! Albowiem ćwiczenie cielesne nie na wiele się przyda; pobożność zaś przydatna jest do wszystkiego” (1 Tm 4, 7-8).
Zaprzepaszczona szansa ewangelizacji
W całym artykule brak choćby jednego odwołania do regnum Christi (królestwa Chrystusa), któremu podlegają nawet najwyższe szczyty. Himalaje, będące miejscem praktyk pogańskich religii Wschodu, stały się terenem niemej apostazji katolików, którzy zamiast nieść Krzyż na „dachy świata”, poddali się duchowi tego świata. Tymczasem Pius XI w Quas Primas nauczał: „Wówczas to wreszcie […] będzie można uleczyć tyle ran, […] gdy wszyscy chętnie przyjmą panowanie Chrystusa i posłuszni Mu będą” (nr 19).
Duchowa zapaść po 1958 roku
Fakt, że katolickie media bezkrytycznie powielają świecką narrację o „chwale” himalaizmu, jest symptomem głębszej choroby. Po 1958 roku nastąpiło stopniowe oderwanie katolicyzmu od nadprzyrodzoności, czego przejawem jest gloryfikowanie czysto naturalnych osiągnięć. Jak ostrzegał św. Pius X w Lamentabili sane: „Wiara jako przyzwolenie umysłu opiera się ostatecznie na sumie prawdopodobieństw” (propozycja potępiona nr 25) – co doskonale widać w relacjach himalaistów polegających na „wstrzeleniu się w okno pogodowe” zamiast na Opatrzności Bożej.
Za artykułem:
40 lat temu Kukuczka i Wielicki jako pierwsi zdobyli zimą Kanczendzongę (gosc.pl)
Data artykułu: 11.01.2026







