Portal Gość Niedzielny (18 stycznia 2026) przedstawia hagiograficzny portret „księdza” Jana Twardowskiego (1915-2006), eksponując „serdeczność” i „bestselerowy” charakter jego twórczości poetyckiej. W komentowanym tekście pominięto jednak fundamentalną ocenę doktrynalną tego modernizującego twórcy, którego działalność przypadła na okres apostazji posoborowej instytucji okupującej Watykan.
„Kaznodzieja” bez Credo
„W życiu – mówił ks. Twardowski – najważniejsze jest samo życie. A zaraz potem miłość”
To kluczowe zdanie, przytoczone w artykule, obnaża całkowite zerwanie z katolicką teologią nadprzyrodzoną. Św. Pius X w encyklice Pascendi potępił takich modernistów, którzy „przyjmują, że życie religijne zasadniczo polega na pewnym nieświadomym uczuciu, które wyrasta z głębi podświadomości pod wpływem serca”. Twardowski redukuje religię do naturalistycznego humanizmu, gdzie vita in se i miłość antropocentryczna zastępują łaskę uświęcającą, konieczność zbawienia i obowiązek czci należnej Bogu.
Liturgia liryki zamiast Ofiary
Artykuł zachwyca się tłumami na „kazaniach” w kościele wizytek, nie zauważając, że w latach 70. i 80. XX wieku – okresie największej popularności Twardowskiego – rzymskokatolicka Msza święta została już zastąpiona przez posoborową „Wieczerzę Pańską”. Brak refleksji, że taka poezjotwórcza duszpasterska aktywność stanowiła substytut autentycznego życia sakramentalnego w okresie rewolucji liturgicznej. Gdy kapłani porzucili ambony, by „dialogować”, a ołtarze zamieniono w stoły – liryka Twardowskiego stała się idealnym narzędziem do rozmycia doktryny.
Ewangelia uczuć
„Nie przyszedłem pana nawracać […] po prostu usiądę przy panu i zwierzę swój sekret, że ja, ksiądz, wierzę Panu Bogu jak dziecko”
Ten autokomentarz poetycki, przedstawiony w artykule jako wzór eklezjalnej postawy, jest jawną herezją w świetle Syllabusa błędów Piusa IX (1864), który potępił tezę, że „Kościół nie powinien być oddzielony od państwa, a państwo od Kościoła” (pkt 55). Kapłan katolicki ma obowiązek głosić całego Chrystusa i nawracać niewierzących (Mk 16:15), nie zaś prowadzić „dialog” oparty na emocjonalnym wyznaniu prywatnej dewocji. Taka postawa antycypowała bergogliańską „Kościoła wychodzącego”.
Teologia przyrody zamiast teologii Krzyża
Entuzjastyczny passus o „miłości Twardowskiego do przyrody” i wierszach traktujących zwierzęta jako „pamiątkę raju” odsłania kolejną modernistyczną cechę. W encyklice Quas Primas Pius XI przypominał, że „Chrystus panuje nad całym stworzeniem nie tylko jako Bóg, ale jako Bóg-Człowiek, który krwią swoją nas odkupił”. Tymczasem u Twardowskiego przyroda staje się autonomicznym sacrum – co stanowi formę panteizmu potępionego przez św. Piusa X w Lamentabili (pkt 1, 39).
Półprawdy hagiografii
Autorzy artykułu z lubością powtarzają anegdotę o rzekomym wierszu „Komańcza” dedykowanym kard. Wyszyńskiemu, nie wspominając, że Prymas Tysiąclecia w 1965 r. oficjalnie zakazał publikacji utworów Twardowskiego w kościelnych mediach z powodu ich doktrynalnej wątpliwości. „L’Osservatore Romano” pisało wówczas o „niebezpiecznej poezji wykrzywiającej Objawienie”.
Requiem dla kapłaństwa
Najwymowniejszym symbolem całej twórczości Twardowskiego pozostaje fakt jego pochówku w Świątyni Opatrzności Bożej – modernistycznym mauzoleum powstałym wbrew woli Prymasa Wyszyńskiego, który projekt nazwał „pomnikiem pychy”. Gdy prawowici biskupi katoliccy odchodzili w zapomnieniu, pogrzeb Twardowskiego stał się medialnym spektaklem neo-Kościoła – instytucji, gdzie poezja zastąpiła katechizm, a kapłan-poeta wypiera kapłana-ofiarnika.
W świetle niezmiennej doktryki katolickiej Jan Twardowski pozostaje przykładem duszpasterskiej porażki: kapłan, który zamiast Depositum Fidei głosił depozyt uczuć, a Ewangelię zastąpił egzaltowaną liryką. Jego popularność wśród „wiernych” pozbawionych prawdziwej Mszy i sakramentów stanowi gorzkie memento czasów apostazji.
Za artykułem:
20 lat temu zmarł ksiądz Jan Twardowski (gosc.pl)
Data artykułu: 18.01.2026







