Olga Drenda w felietonie dla „Tygodnika Powszechnego” (24.02.2026) krytykuje współczesny, „biznesowo-zootechniczny” język opisywania związków (m.in. „dobieranie się w pary”, „rynek matrymonialny”), tęskniąc za stabilnością, przyjaźnią i lojalnością, które – jak twierdzi – zniknęły z narracji o miłości. Autorce przeszkadza też destrukcyjny, dramatyczny model miłości w klasycznej literaturze (np. „Wichrowe Wzgórza”, „Lalka”), podczas gdy w anime „Kronika wojny na Lodoss” dostrzega wzór cichej, trwałej więzi wyrastającej z przyjaźni. Wnioskuje, że dzisiejsza kultura zniechęca do związków, redukując je do transakcji, a zapomniane wartości (bliskość, odpowiedzialność, troska) są potrzebne do odbudowy prawdziwej relacji.
To, co autorowi omija, jest ważniejsze niż to, co mówi. Artykuł stanowi symptomatyczny przykład całkowitego sekularyzowania najgłębszej rzeczy ludzkiej – miłości – pozbawiając ją nie tylko wymiaru nadprzyrodzonego, ale i naturalnego, obiektywnego sensu. Rozwój myślowy jest następujący: od krytyki języka (poziom retoryczny) przez tęsknotę za wartościami (poziom psychologiczno-ekonomiczny) do całkowitego milczenia o prawdziwej naturze miłości (poziom teologiczny). To milczenie jest najcięższym oskarżeniem, bo świadczy o całkowitej niewiedzy lub celowym ukrywaniu źródła, celu i istoty miłości.
Redukcja miłości do psychologii i ekonomii
Drenda słusznie odczuwa chłód współczesnego słownictwa, ale sama pozostaje w tej samej płaszczyźnie. Jej krytyka „biznesowo-zootechnicznego” języka to protest przeciw mechanicyzacji, jednak nie wychodzi poza kategorię subiektywnego preferencji. Nie pyta: dlaczego język stał się taki? Odpowiedź leży w odrzuceniu obiektywnego, boskiego prawa moralnego i naturalnego. Sobór Trydencki nauczał, że małżeństwo jest sacramentum, znakiem łaski, a nie tylko „wiążącym kontraktem społecznym” (Sessio XXIV, kan. 1). Drenda nie odwołuje się do tej prawdy. Jej „stabilność i spokój” to wartość bez fundamentu – może istnieć tylko jako efekt łaski, nie jako wygoda czy emocjonalna sympatia.
Nostalgia za iluzją: destrukcyjna miłość w literaturze
Autorowa odnosi się do „Wichrowych Wzgórz” i „Lalki” jako do wizji miłości-destrukcji, które jednak uważa za atrakcyjne ze względu na swój kontekst historyczny („czasy konwenansu”). To błąd katastrofalny. Miłość, która „miażdży i głównych bohaterów, i osoby postronne” (Wichrowe Wzgórza) lub „zaślepia, osamotnia i więzi w iluzji” (Lalka) jest w świetle wiary grzechem, nie romantyczną pasją. Św. Augustyn mówił o takiej miłości jako o cupiditas – pożądliwości, która odwraca od Boga i prowadzi do rozpaczy (De Civitate Dei, XIV, 7). Drenda nie odróżnia prawdziwej miłości (caritas) od egoistycznego przywiązania. Jej tęsknota za „bliskością, sympatią, lojalnością” to dobre pragnienia, ale pozbawione ontologicznego uzasadnienia. Bez Boga te wartości są jedynie umownymi konstruktami, które można zdefiniować dowolnie.
Milczenie o sakramencie: najcięższy błąd
Najbardziej niepokojące w artykule jest całkowite pominięcie sakramentalnego wymiaru miłości i związku małżeńskiego. Drenda pisze o „życiu towarzyskim”, „parze”, „relacjach” – ale nigdy o małżeństwie jako związku nieodwołalnym, świętym i przeznaczonym dla płodności. Encyklika Casti Connubii Piusa XI (31.12.1930) naucza: „Małżeństwo naturalne… zostało przez Chrystusa Pana podniesione do godności sakramentu” (n. 6). To nie jest „dodatek” do relacji, ale jej istota. Artykuł redukuje małżeństwo do „stabilności i spokoju”, co jest wartością naturalną, ale nie wyczerpuje jego celów: płodności, wychowania dzieci, uświęcenia małżonków. Brak tej perspektywy to skutek apostazji – odrzucenia nadprzyrodzonego celu ludzkiego życia, którym jest zbawienie duszy.
Symptomatyka modernizmu: miłość jako „spektrum”
W podtytule autor cytuje badania: „Miłość to spektrum”. To język psychologii popularnej, który – jak dokumentuje Pius X w Lamentabili sane exitu (1907) – jest typowy dla modernizmu, który redukuje dogmaty do „funkcji praktycznej” (propozycja 26) i traktuje wiarę jako „sumę prawdopodobieństw” (propozycja 25). Mówienie, że miłość to „spektrum”, to zaprzeczenie istoty miłości jako rzeczywistości ontologicznej – aktu woli, który ma Bóg za przedmiot (w miłości do bliźniego) i cel (zbawienie). W ujęciu katolickim miłość jest teologalną cnotą, której źródłem jest Bóg (1 J 4, 7-8). Artykuł nie tylko tego nie mówi – ale taki język byłby dla autorki obcy. To właśnie jest „duchowa zgnilizna” współczesności: traktowanie najgłębszych rzeczy ludzkich jako zmiennych, subiektywnych, „spektralnych” zjawisk psychologicznych.
Brak odwołania do prawa Bożego i celów małżeństwa
Drenda szuka „bliskości, sympatii, lojalności, zaufania, szacunku, odpowiedzialności, troski” – ale nie pyta: na jakiej podstawie?. Odpowiedź katolicka jest jednoznaczna: te cnoty są owocem łaski, a ich wzorcem jest sam Bóg. Małżeństwo chrześcijańskie jest znakiem związku Chrystusa z Kościołem (Ef 5, 32). Bez tego odniesienia wartości te są jedynie humanistycznymi idealami, które – jak pokazuje historia – mogą być w każdej chwili zmienione. Artykuł nie wspomina też o celach małżeństwa: płodności, wychowaniu dzieci, uświęceniu małżonków. Encyklika Casti Connubii podkreśla, że „odwrócenie od tych celów jest sprzeczne z naturą małżeństwa” (n. 13). Drenda tęskni za „stabilnością”, ale nie wie, że stabilność w związku możliwa jest jedynie przez wierność wobec Bożych praw i przez sakrament.
Anime jako fałszywy prorok „stabilności”
Autorka czerpie wzór „cichej więzi na mur beton” z anime „Kronika wojny na Lodoss”. To kolejny błąd: szukanie wzorców miłości w fikcji popkulturowej, która – choć może zawierać elementy cnoty – pozostaje w sferze wyimaginowanej, często pełnej przesadnych cech. W katolickiej etyce nie szuka się wzorów miłości w fantastyce, ale w żywych przykazaniach Chrystusa i w żywych świętych. Św. Józef i św. Maryja to wzór małżeństwa, nie fikcyjni bohaterowie. To pokazuje, jak głęboko współczesna kultura (nawet tą krytykującą) odetnęła się od źródła prawdziwej miłości.
Konkluzja: miłość bez Chrystusa to nędza
Artykuł Drendy jest przejrzystym wyrazem humanizmu ateistycznego: miłość jest sprowadzana do psychologii, ekonomii, estetyki lub nostalgii. Brakuje w niej Boga, brakuje Królestwa Chrystusa, które – jak naucza Pius XI w Quas Primas – „nie jest z tego świata” i wymaga „pokuty, wiary i chrztu”. Miłość, o której pisze autor, to miłość świata, która „nie może poznać Ducha Bożego” (1 Kor 2, 14). Prawdziwa miłość – w świetle wiary – to sacramentum, droga do świętości, odzwierciedlenie miłości Trójcy Świętej. Bez tego jest jedynie „zimnym budynkiem” (jak mędrze zauważa Drenda), ale nie wie, że ten budyń ma być domem dla Boga. Kościół katolicki, nauczany przez wieki, mówi jednoznacznie: miłość małżeńska jest święta, nieodwołalna i przeznaczona dla płodności. Wszelkie inne definicje są błędem, który – w świetle Syllabusu Piusa IX (1864) – należy do „errorum de matrimonio christiano” (błędy 65-74).
Ostatecznie, tańczyć i płakać w disco – jak pisze Drenda w innym felietonie – to może być przyjemne, ale nie zbawi duszy. Prawdziwa miłość nie jest „fizyczną transakcją”, lecz duchowym związkiem, który przez łaskę prowadzi do Boga. Tego artykuł nie rozumie, bo sam jest owocem apostazji, o której – jak ostrzegał św. Pius X – mówi się już nie w kategoriach grzechu i łaski, ale w kategoriach psychologii i socjologii. To jest właśnie „duchowa zgnilizna” współczesności.
Za artykułem:
Miłość to dziś „fizyczna transakcja dwójki człowiekowatych”. Co się stało z bliskością? (tygodnikpowszechny.pl)
Data artykułu: 24.02.2026





