Portal „Tygodnik Powszechny” (9 września 2025) prezentuje rozmowę z brytyjską pisarką Gwendoline Riley, autorką powieści „Moje zmory”. Książka eksploruje toksyczną relację matki i córki naznaczoną emocjonalnym chłodem, przemocą ojca oraz iluzorycznymi nadziejami na „bajkowe” małżeństwo. Riley przywołuje deterministyczną filozofię Spinozy („możemy robić tylko to, co możemy”), akceptuje „brutalność życia” jako naturalny porządek, a nadzieję redukuje do bezsilnych prób dialogu między skłóconymi postaciami. Wyznaje również własną walkę z alkoholizmem jako formą ucieczki od rzeczywistości. Ten nihilistyczny obraz ludzkiej kondycji stanowi kwintesencję modernistycznego błądzenia pozbawionego nadprzyrodzonej perspektywy.
Naturalistyczne kajdany determinizmu
Riley bezkrytycznie powtarza błąd Spinozy, który neguje wolność woli – fundament odpowiedzialności moralnej. Jak nauczał papież Pius X w encyklice Pascendi Dominici gregis: „Wola jest całkowicie bierna, nie jest zdolna do najmniejszego aktu” to herezja modernizmu. Tymczasem Kościół zawsze głosił, że człowiek jest „panem swoich czynów” (Sobór Trydencki, sesja VI). Determinizm prowadzi do duchowej paraliżu bohaterów Riley – nie widzą potrzeby nawrócenia, zadośćuczynienia czy walki z wadami. To antyteza katolickiego spojrzenia na grzech jako actus humanus, który wymaga metanoji.
„Gdy życie okazuje się niepomyślne, pozostaje spojrzeć na własne decyzje i dostrzec, że tak naprawdę nie mogły być inne” – twierdzi Riley.
Te słowa demaskują fałszywe pojednanie z porażką. Św. Augustyn w „Państwie Bożym” (KSIĘGA XII, rozdz. 6) dowodził: „Bóg przewiduje nasze wolne wybory, ale ich nie determinuje”. W świecie Riley nie ma miejsca na łaskę – tylko mechaniczne powtarzanie błędów. Brak tu choćby śladu katolickiej nauki o możliwości przemiany przez sakramenty i współpracę z łaską.
Rodzina bez łaski: patologia jako norma
Opisując „dickensowskiego” ojca-wyzyskiwacza i narcystyczną matkę, Riley pomija kluczowy wymiar: rodzina jako „domowy Kościół” (KKK 2204). W katolickiej socjologii rodzina jest wspólnotą opartą na wzajemnej ofierze (Ef 5:21-33), a nie teatrem wzajemnych krzywd. Milczenie o czwartym przykazaniu („czcij ojca i matkę”) oraz o cnotach cierpliwości i miłosierdzia jest wymowne. Gdzie jest miejsce na przebaczenie siedemdziesiąt siedem razy (Mt 18:22)? Gdzie na modlitwę za prześladowców?
Najjaskrawszy brak to nieobecność ojcostwa Bożego jako remedium na ziemskie rany. Jak przypominał Pius XI w Quas primas: „Pokój Chrystusowy możliwy jest tylko w Królestwie Chrystusowym”. Tymczasem bohaterowie Riley dryfują w moralnej próżni, nie mając nawet szans na poznanie prawdy o odkupieniu.
Nadzieja bez Krzyża: fałszywe pocieszenie
Nadzieję Riley sprowadza do gestów („powtarzalnych spotkań matki i córki. Nawet jeśli dochodzi do nich tylko raz w roku, na piętnaście minut”). To karykatura chrześcijańskiej virtus spei, która – jak uczy Katechizm Rzymski – „opiera się na obietnicach Bożych, a nie ludzkich wysiłkach”. Brak tu odniesienia do Krzyża jako źródła przemiany cierpienia w zbawczy owoc (Kol 1:24).
Riley przyznaje: „Pod koniec pisania ostatniej książki miałam bezsenne noce, czułam strach, ogarniała mnie jakaś ciemność”. To symptomatyczne – twórczość oderwana od łaski staje się duchową torturą. Św. Tomasz z Akwinu (ST II-II, q. 188) pokazywał, że sztuka służąca chwale Bożej jest drogą uświęcenia. Tu zaś mamy do czynienia z jałowym kopaniem w ranach.
Uzależnienie jako symptom duchowej pustki
Wyznanie Riley o walce z alkoholizmem („ja też dopiero kilka miesięcy temu przestałam pić”) odsłania głębszy problem: brak sacrum w świecie opisanych przez nią postaci. Gdzie sakramenty? Gdzie modlitwa? Gdzie komunia świętych mogąca wesprzeć w walce z nałogiem? Modernistyczna literatura traktuje ludzkie słabości jako przeznaczenie, nie zaś jako pole walki duchowej (Ef 6:12).
Kardynał Pie w „Złotych myślach” przestrzegał: „Bez Boga człowiek staje się niewolnikiem własnych namiętności”. Alkoholizm bohaterki to logiczny finał życia pozbawionego łaski uświęcającej. Szkoda, że autorka nie sięgnęła po prawdziwe lekarstwo – jak św. Monica wypraszająca nawrócenie syna-Augustyna.
Ewolucja bez celu: pułapka „nowej nadziei”
Riley zapowiada: „skończyłam książkę, która jest dużo łagodniejsza od «Moich zmór» […] zawiera więcej nadziei”. Lecz jaka to nadzieja? Jeśli nie oparta na Chrystusie Zmartwychwstałym – pozostanie kolejną iluzją. Wszelka „łagodność” bez odniesienia do Prawdy Objawionej jest tylko estetycznym zabiegiem. Jak pisał św. Wincenty z Lerynu w „Commonitorium”: „Wiara katolicka musi być przekazywana w nienaruszonym porządku, bez dodawania, ujmowania czy zmiany”.
Zamiast pokazywać drogę do porta Coeli przez sakramentalne życie, Riley proponuje czytelnikom „trochę przyjemności” i „sposób na nawiązanie kontaktu”. To smutne echo modernizmu potępionego w dekrecie „Lamentabili” (1907): „Prawda nie jest niezmienna, lecz ewoluuje wraz z człowiekiem” (potępiona teza 58).
Podsumowując: świat przedstawiony przez Riley to antyteza katolickiej wizji osoby ludzkiej – bez wolnej woli, bez łaski, bez Krzyża, bez Kościoła. Literatura ta, choć sprawna formalnie, jest duchowo jałowa. Pozostaje modlić się, by autorka i jej czytelnicy odkryli prawdziwe źródło nadziei: Króla Wszechświata, który „przyszedł, aby owce miały życie i miały je w obfitości” (J 10,10).
Za artykułem:
Gwendoline Riley, pisarka: o wszelkie niepowodzenia obwiniamy dziś swoje matki (tygodnikpowszechny.pl)
Data artykułu: 09.09.2025








