Ostateczny upadek edukacji: Naturalizm jako narzędzie apostazji
Portal Więź.pl (29 stycznia 2026) prezentuje tekst Jerzego Sosnowskiego broniący systemu ocen szkolnych jako rzekomo niezbędnego narzędzia w walce z „zerwaniem ciągłości kulturowej”. Autor, występujący w roli nauczyciela języka polskiego w warszawskim liceum, kreśli obraz szkoły jako ostatniej reduty w świecie opanowanym przez „media społecznościowe” i „filmiki ze śmiesznymi kotkami”. Pod pozorem troski o poziom intelektualny młodzieży, kryje się jednak całkowita kapitulacja przed naturalistyczną wizją edukacji, odcinającą człowieka od jego nadprzyrodzonego celu.
Redukcja misji nauczyciela do strażnika „kontynuacji kulturowej”
Sosnowski otwarcie przyznaje: „Stawiam wymagania. Domagam się przeczytania lektur. Naciskam na umiejętność pisania polszczyzną na poziomie, z użyciem przecinków i znaków diakrytycznych”. To szlachetne na pozór dążenie okazuje się jednak pozbawione fundamentu. Gdzie w tej wizji miejsce na formację moralną opartą na Dekalogu? Gdzie „wychowanie młodzieży w bojaźni Bożej i miłości cnót chrześcijańskich” (Pius XI, Divini Illius Magistri)? Autor redukuje rolę edukacji do przekazu „ważnych spraw” rozumianych wyłącznie przez pryzmat doczesności, co stanowi jawną zdradę katolickiej zasady „Gloria Dei vivens homo” – chwałą Boga jest żyjący człowiek (Św. Ireneusz).
„Nie dlatego, że marzy mi się powrót do przeszłości […] tylko po to, żeby choć niektórzy moi uczniowie, po ukończeniu szkoły, nie byli bezradni wobec problemów, które postawi przed nimi życie.”
Ta deklaracja demaskuje prawdziwy cel: przygotowanie do „radzenia sobie” w świecie, a nie do zbawienia duszy. Jakże odmienne od stanowiska Piusa XI, który w tej samej encyklice przypominał: „Pierwszym i bezpośrednim celem wychowania jest współdziałanie z łaską Bożą w kształtowaniu prawdziwego i doskonałego chrześcijanina”. Wizja Sosnowskiego to edukacyjny pelagianizm – wiara, że człowiek sam sobie wystarczy, wystarczy mu „kultura” i „przecinki”.
Fałszywa dychotomia: albo oceny, albo chaos
Autor usiłuje zastraszyć czytelnika wizją totalnego upadku, który nastąpi po zniesieniu ocen: „Kwestionowanie ocen – w braku innych rozwiązań – jeszcze bardziej te wymagania obniża”. To klasyczny sofizm modernistów – przedstawianie fałszywego wyboru między skostniałym systemem a całkowitą anarchią. Tymczasem Quas Primas Piusa XI uczy: „Jeżeli ludzie prywatnie i publicznie uznali nad sobą władzę królewską Chrystusa, wówczas spłynęłyby na całe społeczeństwo niesłychane dobrodziejstwa, jak należyta wolność, porządek, zgoda i pokój”. Prawdziwą alternatywą dla obecnego systemu jest edukacja oparta na prawie naturalnym i nadprzyrodzonym objawieniu, a nie kolejne eksperymenty pedagogiczne.
Gdy Sosnowski pisze o „stanie, który zdawał maturę trzy lata temu” jako wzorze do naśladowania, ujawnia się całkowita bezradność jego metody. Co bowiem znaczą „dobre oceny” w świecie, gdzie „Ewangelie […] są teologicznymi rozważaniami o tajemnicy zbawienia i pozbawione są prawdy historycznej” (Lamentabili Sane, pkt 16)? W szkole pozbawionej Chrystusa Króla nawet najlepsze oceny są jak „puste naczynie” – mogą pomieścić wszystko, tylko nie łaskę uświęcającą.
Brak diagnozy źródła zła: odrzucenie Chrystusa Króla
Najjaskrawszą apostazją tekstu jest milczenie o rzeczywistej przyczynie kryzysu edukacji. Pius XI w Quas Primas wskazywał jednoznacznie: „Nieszczęścia nawiedziły świat, gdyż wielu usunęło Jezusa Chrystusa i Jego najświętsze prawo ze swych obyczajów, z życia prywatnego, rodzinnego i publicznego”. Tymczasem Sosnowski winą obarcza „chemitrails” i „mediów społecznościowych”, jakby te były przyczyną, a nie skutkiem odejścia od wiary.
Gdy autor deklaruje: „szukam partnerów do rozmowy o człowieku, o nieoczywistości świata, o zmienności kultury”, ujawnia się relatywizm potępiony w Syllabusie błędów (pkt 15, 77). W szkole katolickiej nie ma miejsca na „rozmowę” o prawdach objawionych – one są głoszone ex cathedra, a nauczyciel jest jedynie narzędziem Magisterium Kościoła.
Modernistyczna utopia „szkoły bez przymusu”
Propozycja zastąpienia ocen „rozmową” to klasyczny postulat modernistycznej pedagogiki, głoszącej, że „dogmaty, sakramenty i hierarchia […] są tylko interpretacją faktów religijnych” (Lamentabili Sane, pkt 22). W edukacji katolickiej oceny zawsze pełniły funkcję narzędzia sprawiedliwości – „reddere unicuique quod suum est” (oddać każdemu, co mu się należy). Zniesienie ich na rzecz „dialogu” to krok w kierunku anarchii intelektualnej, gdzie uczeń staje się sędzią we własnej sprawie.
Gdy autor pisze o „przyspieszeniu na ostatniej prostej”, nie dostrzega, że właśnie oceny semestralne są ćwiczeniem cnót moralnych: wytrwałości, pracowitości, pokory. W szkole katolickiej nawet „jedynka” może być narzędziem nawrócenia, jeśli nauczyciel wskazuje na Krzyż jako jedyne źródło prawdziwej godności.
Upiorna „segregacja” czy Boży ład?
Retoryka „segregacji” ujawnia przyjęcie marksistowskiej dialektyki walki klas. Tymczasem św. Paweł przypomina: „Czyż garncarz nie ma mocy nad gliną?” (Rz 9,21). W szkole katolickiej zróżnicowanie poziomów nie jest „segregacją”, ale respektowaniem porządku ustanowionego przez Boga. Jak nauczał Pius XI: „Władza rodzicielska jest z natury swej prawem podporządkowanemu pomocy, a nie prawem absolutnym lub despoticznym” (Divini Illius Magistri). Analogicznie – nauczyciel ma prawo oceniać, bo otrzymał misję od tych, którzy mają „patria potestas”.
Ostatecznie tekst Sosnowskiego to lament nad rozkładem systemu, który sam odciął się od źródła. Szkoła bez Chrystusa Króla skazana jest na klęskę, choćby wymyślała najwymyślniejsze metody oceniania. Jak przypomina Psalm 126: „Jeżeli Pan domu nie zbuduje, próżno się trudzą ci, którzy go wznoszą” (Ps 127,1). Dopóki edukacja nie wróci pod berło Chrystusa-Króla, wszystkie reformy będą jedynie „przyspieszaniem na ostatniej prostej” ku przepaści.
Za artykułem:
Oceny do kosza? A jaką mamy alternatywę? Polemika (wiez.pl)
Data artykułu: 29.01.2026








