Biurokratyczna hydra pożera resztki sprawiedliwości
Portal Gość.pl informuje o sprawie karnej obejmującej 1,6 tys. tomów akt (320 tys. kart), która „zajęła całe pomieszczenie” w Sądzie Okręgowym w Olsztynie. Sędzia Olgierd Dąbrowski-Żegalski przyznaje, że „polskie sądownictwo nie jest procesowo przygotowane do prowadzenia tego typu spraw”, wskazując na brak prawdziwej digitalizacji i przestarzałe procedury pochodzące „de facto z lat 90. XX w.”. Ten absurd procesowy obnaża całkowite bankructwo świeckiego modelu wymiaru sprawiedliwości, który odciął się od fundamentów prawa naturalnego.
Każdą kartkę muszę przeczytać, zobaczyć co na niej jest. Muszę to robić fizycznie, biorąc każdy tom akt do ręki
Kult papieru jako wyznacznik „sprawiedliwości”
Sędzia Dąbrowski-Żegalski demaskuje kluczowy problem: „U nas pokutuje zasada legalizmu. Nie skupiamy się na poważniejszych zarzutach (…), a nawet te drobniejsze czyny roztrząsamy z tą samą dokładnością”. To nie jest wada systemu – to jego istota. Gdy wymiar sprawiedliwości odrzuca roztropność (prudentia) jako cnotę kardynalną, zastępując ją biurokratycznym rytuałem, staje się narzędziem ucisku. Św. Tomasz z Akwinu przestrzegał: „Lex injusta non est lex” (Prawo niesprawiedliwe nie jest prawem). Tymczasem tu mamy do czynienia z parodią prawa, gdzie liczba kartek zastępuje poszukiwanie prawdy.
Świeckie sądownictwo jako maszyna do generowania absurdu
Fakt, że akta „przywieziono ciężarówką”, a koszt ich przechowywania sięga „1,2 mln zł rocznie”, ukazuje duchową pustkę systemu. W katolickiej nauce społecznej wymiar sprawiedliwości ma służyć przywracaniu porządku moralnego, nie zaś stawać się samopodtrzymującym się bytem. Kodeks prawa kanonicznego z 1917 roku (kan. 1869) nakazywał rozpatrywanie spraw „bez zwłoki” (sine mora), podczas gdy opisana sprawa grozi „przedawnieniem się części zarzutów” – co jest jawnym zaprzeczeniem celu procesowego.
Brak digitalizacji jako symptom kryzysu cywilizacyjnego
Przyznanie, że „jedynie akt oskarżenia jest w kilku plikach”, będących zwykłymi skanami, odsłania głębszy problem: współczesny system prawny odrzucił ratio (rozum) na rzecz materialis cultus (kultu materii). W średniowieczu sądy kościelne operowały precyzyjnymi regułami dowodowymi (np. wymóg dwóch świadków w procesie kanonicznym), podczas gdy tu mamy do czynienia z biurokratyczną magią liczebności – im więcej papieru, tym pozornie „solidniejsze” śledztwo.
Zapomniana katolicka koncepcja sprawiedliwości
Opisana sytuacja dowodzi, że oderwanie prawa od jego transcendentnych fundamentów prowadzi do groteski. Jak uczył Pius XII w przemówieniu z 13 listopada 1949 r.: „Prawo ludzkie jest prawdziwym prawem tylko wtedy, gdy pozostaje w zgodzie z rozumem oświeconym przez prawo wieczne”. Tymczasem w tej sprawie mamy do czynienia z idolatrią procedury, gdzie liczba tomów akt stała się bożkiem, a sędzia – kapłanem nowej religii biurokracji.
Najjaskrawszym pominięciem w relacji portalu jest brak odniesienia do nadprzyrodzonego celu sprawiedliwości. W tradycji katolickiej sądzenie ma wymiar eschatologiczny – przypomina o Sądzie Ostatecznym. Tymczasem świecki model redukuje sprawiedliwość do mechanicznego „przeczytania 320 tys. kart”, co sędzia przyrównuje do czynności, po której „nikt nie będzie o niej pamiętał”. To bankructwo nie tylko procesowe, ale przede wszystkim duchowe.
Za artykułem:
Sędzia ma przeczytać 1,6 tys. tomów akt (gosc.pl)
Data artykułu: 29.01.2026








