Portal Tygodnik Powszechny (10 lutego 2026) publikuje refleksje „ks.” Adama Bonieckiego na temat internetu. Autor przyznaje, że „internet ułatwia życie”, umożliwiając szybką komunikację i dostęp do treści, jednocześnie ostrzegając przed „treściami oszukańczymi” i koniecznością krytycyzmu. Stwierdza jednak, że „internet nie jest źródłem bezgranicznie wiarygodnym”, apelując o ostrożność „w sprawach ważnych”, podczas gdy „przepis na jajecznicę” nie wymaga takiej czujności. Tekst pozbawiony jest jakiejkolwiek religijnej perspektywy, sprowadzając zagadnienie do poziomu utylitarnego humanizmu.
Naturalistyczne zawężenie perspektywy
Artykuł Bonieckiego stanowi klasyczny przykład redukcji problemu do wymiaru czysto techniczno-społecznego, całkowicie pomijając nadprzyrodzony wymiar ludzkiej egzystencji. W żadnym miejscu nie pada odniesienie do katolickiej nauki o mediach, choć Sobór Trydencki i Magisterium przedsoborowe jednoznacznie wskazywały, że „środki przekazu powinny służyć chwale Bożej i zbawieniu dusz” (Pius XI, Vigilanti cura). Tymczasem autor traktuje internet jak neutralne narzędzie, którego wartościowanie zależy wyłącznie od subiektywnych intencji użytkowników.
Kard. Alfredo Ottaviani w instrukcji De pastorali vigilandi ratione circa cinematographica, radiophonica ac televisifica spectacula (1957) podkreślał, że „Kościół ma prawo i obowiązek czuwać nad moralną stroną wszelkich środków przekazu”. Boniecki – funkcjonariusz posoborowej struktury – odwraca tę perspektywę: to nie Boże prawo stanowi miarę oceny technologii, lecz ludzki „krytycyzm” ograniczony do „spraw ważnych”, rozumianych po świecku. Milczenie o obowiązku ewangelizacji przez media i całkowite pominięcie kwestii duchowych zagrożeń (pornografia, bluźnierstwa, propagacja herezji) demaskuje modernistyczną mentalność autora.
Językowa asekuracja jako przejaw relatywizmu
Retoryka artykułu operuje typowo modernistycznym pokrętnym dwuznacznikami. Stwierdzenia typu „internet nie jest źródłem bezgranicznie wiarygodnym” czy „nie wszystko, co przychodzi z internetu, jest prawdziwe” brzmią jak banały wypisane przez sztuczną inteligencję. Brak tu jednoznacznych kategorycznych ocen, jakie znajdujemy w katolickim nauczaniu: „Wszelkie publikacje sprzeciwiające się wierze i dobrym obyczajom powinny być bezwzględnie potępione” (Leon XIII, Officiorum ac munerum).
Szczególnie wymowne jest rozróżnienie na „sprawy ważne” (wymagające krytycyzmu) i trywialne (jak przepisy kulinarne). W katolickiej perspektywie nie ma obszarów „neutralnych” – „Czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie” (1 Kor 10,31). Dychotomia proponowana przez Bonieckiego jest przejawem sekularyzacji sumień, gdzie religia staje się prywatnym dodatkiem do „prawdziwego życia” – dokładnie jak u modernistów potępionych w Pascendi: „Religia nie powinna wkraczać w dziedzinę nauki czy polityki”.
Teologiczna pustka w obliczu narzędzia masowej demoralizacji
Najcięższym zarzutem wobec tekstu jest całkowite przemilczenie katastrofalnych skutków duchowych jakie internet wywołuje w duszach wiernych. Podczas gdy autor wspomina o „psychicznym załamaniu” powodowanym przez hejt, nie wspomina ani słowem o:
1. Globalnej epidemii pornografii, która „niszczy dusze jak zaraza” (Pius XI, Casti connubii)
2. Bluźnierczych treściach obrażających Boga i Matkę Bożą
3. Propagacji herezji i apostazji w mediach społecznościowych
4. Niszczeniu życia rodzinnego przez uzależnienia cyfrowe
Kanon 1404 Kodeksu Prawa Kanonicznego z 1917 r. nakazywał biskupom „czuwać, by wierni nie czytali ksiąg szkodliwych dla wiary lub obyczajów”. Tymczasem Boniecki – nominalnie „ksiądz” – nie tylko nie nawołuje do walki z tym złem, ale wręcz legitymizuje internet jako „naturalny” środek komunikacji. Gdy katoliccy moraliści jak św. Alfons Liguori wzywają do „ucieczki od okazji grzechu”, moderniści w rodzaju autora artykułu każą „cieszyć się możliwościami” technologii, która stała się współczesnym wieżą Babel.
Symptom szerszej apostazji posoborowego establishmentu
Postawa Bonieckiego nie jest odosobniona – stanowi kwintesencję „ducha soborowego”, który zamiast nawracać świat, dostosowuje się do niego. Gdzie jest echo słów Piusa XII: „Kościół potępia wszelkie szkodliwe publikacje, które jak jad rozprzestrzeniają się dziś na niespotykaną skalę”? Gdzie wezwanie do bojkotu treści przeciwnych wierze?
Tekst idealnie wpisuje się w logikę Gaudium et spes, gdzie Kościół miał „wejść w dialog ze światem”. Efekt? Zamiast „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię” (Mk 16,15) mamy bezbarwne „bądźcie krytyczni”. Zamiast walki z antychrześcijańskimi siłami – akceptację dla „masowości komunikacji” czekającej na „udoskonalenie”. To duch kapitulacji wobec cywilizacji śmierci, która wykorzystuje internet do deprawacji milionów.
Katolik nie może „cieszyć się” narzędziem służącym głównie szerzeniu grzechu – chyba że jak autor, utracił nadprzyrodzoną wrażliwość. Prawdziwy Kościół zawsze pamiętał, że „lepiej wejść do Królestwa Niebieskiego bez internetu, niż z całym jego dobrodziejstwem być wrzuconym w ogień piekielny” (por. Mk 9,47).
Za artykułem:
Uważajmy na to, co przychodzi z internetu. Chyba że to przepis na jajecznicę (tygodnikpowszechny.pl)
Data artykułu: 10.02.2026



