Portal „Tygodnik Powszechny” analizuje serial Netflixa „Ołowiane dzieci” (2026) o śląskiej lekarce Jolancie Wadowskiej-Król, która w latach 70. ubiegłego wieku walczyła z zatruciem ołowiem dzieci na szopienickich osiedlach. Autor, prof. Wojciech Śmieja, wskazuje na historyczne uproszczenia, generyczność narracji i pominięcie realiów ekologicznej walki mieszkańców regionu. Serial staje się kolejną banalną produkcją o katastrofie, która nie oddaje złożoności śląskiej tożsamości i tradycji oporu.
Poziom faktograficzny: historia poddana streamingu
Serial Netflixa przedstawia Jolantę Wadowską-Król jako obcą „białą” kobietę, która wchodzi w konflikt z wrogim, dzikim środowiskiem hutników, organizuje wiece i prowadzi otwarty bunt. Według prof. Lucyny Sadzikowskiej z Uniwersytetu Śląskiego jest to poważne zniekształcenie faktów. „Zupełnie inny jest obraz kliniczny ołowicy. Na ekranie oglądamy raczej małych gruźlików. Ołowica nie powodowała tak drastycznych objawów” – podkreśla historyk. Rzeczywista Wadowska działała „po cichu”, jej charyzma budziła lęk mężczyzn i posłuszeństwo kobiet, ale nie prowadziła do spektakularnych wieców. Serial też błędnie przedstawia wyprowadzkę 251 rodzin jako happy end, podczas gdy w rzeczywistości wielu mieszkańców musiało wrócić z powodu problemów materialnych. Ponadto autor wskazuje, że Ślązacy byli znacznie nowocześniejsi niż reszta Polski już przed wojną (wyższy wskaźnik alfabetyzacji), a świadomość ekologiczna istniała w regionie od dawna – co serial całkowicie pomija, redukując historię do schematu „cywilizacyjnego zaangażowania” z zewnątrz.
Krytykowane są też sztuczne sceny, jak wizyta Breżniewa czy komputerowo animowana huta, które mają zwiększyć spektakularność, ale kosztem wiarygodności. Serial staje się, jak pisze Śmieja, „kolejną po 'Wielkiej wodzie’ wariacją na temat 'Czarnobyla’” – czyli powtórzeniem sprawdzonego schematu katastroficznego narracyjnego, gdzie złożona historia jest spłaszczona do uniwersalnego, generycznego wzoru. To typowe dla współczesnego streamingu, gdzie priorytetem jest efekt emocjonalny i marketingowy, a nie prawda historyczna.
Poziom językowy: sekularne słownictwo bez głębi
Język artykułu, choć krytyczny, operuje terminologią współczesnych studiów kulturowych, taką jak „trauma”, „postkolonialna refleksja” czy „krytyczna teoria”. Sam autor używa sformułowania: „Czy serial Netflixa pozwala ją poznać? Mam sporo wątpliwości. Na pewno pokazuje, po co nam w środku Europy Środkowej refleksja postkolonialna”. Choć to tylko marginalny komentarz, wskazuje na wpływ współczesnych paradygmatów interpretacyjnych, które często relatywizują obiektywną prawdę na rzecz analizy relacji władzy i dominacji. W kontekście historii Śląska takie ujęcie może prowadzić do uproszczenia, gdzie złożona rzeczywistość społeczno-ekonomiczna jest redukowana do schematu „uczciwego rdzenia” (górników i ich rodzin) przeciw „zaborcy” (państwo, przemysł, „biała” inteligencja).
Brak w tekście słownictwa duchowego, moralnego czy metafizycznego. Cierpienie jest rozumiane wyłącznie jako problem społeczno-ekologiczny, a nie jako okazja do nadania sensu przez wiarę, ofiarę czy modlitwę. Nawet gdy autor wspomina o własnym dzieciństwie z astmą, mówi o nim w sposób prozaiczny, dosłowny, bez odwołania do pytań o sens cierpienia czy Bożą opatrzność. To język czysto humanistyczny, który nie potrafi przekroczyć poziomu opisu faktów i emocji.
Poziom teologiczny: brak wymiaru duchowego w narracji o cierpieniu
Artykuł, choć dotyczy tematu cierpienia dzieci i walki o zdrowie publiczne, nie zawiera żadnego wymiaru teologicznego. Nie ma mowy o grzechu (czyli upadku natury i konsekwencjach dla środowiska), o karze (zanieczyszczenie jako konsekwencja ludzkiej chciwości), o odkupieniu (potrzebie ofiary i naprawy) ani o nadziei na życie wieczne, które nadaje sens cierpieniu. W prawdziwie katolickiej narracji historia Jolanty Wadowskiej mogłaby być odczytana przez pryzmat cnót teologalnych: wiary (zaufanie do Boga w walce o dobro wspólne), nadziei (dążenie do lepszej przyszłości mimo przeciwności) i miłości (poświęcenie dla innych, zwłaszcza najsłabszych).
Brak także jakichkolwiek odwołań do sakramentów, które w tradycji katolickiej są źródłem łaski i siły w walce z złem. W kontekście śląskiego regionu, gdzie przez dekady działała parafialna sieć wsparcia, katecheza i nabożeństwa, pominięcie tego wymiaru jest znaczące. Nawet jeśli serial miał być „tylko” historycznym dramatem, to prawdziwa historia ludzi wierzących nie może być oddana bez uwzględnienia ich życia duchowego. To kolejny przykład współczesnej sekularyzacji narracji, gdzie Bóg jest wykluczony z publicznej sfery, a cierpienie redukowane do problemu technicznego lub politycznego.
Poziom symptomatyczny: współczesny humanizm bez Boga
Serial „Ołowiane dzieci” i reakcja na niego ilustrują głęboki kryzys pamięci i tożsamości w społeczeństwach postchrześcijańskich. Historia jest traktowana jako surowiec do produkcji emocjonalnego contentu, a nie jako źródło prawdy i lekcji moralnej. Fakt, że serial jest porównywany do „Czarnobyla”, pokazuje schematyzację: każda katastrofa (przyrodnicza, technogeniczna, społeczna) jest opowiadana w ten sam sposób – jako opowieść o odważnej jednostce (lub grupie) walczącej z systemem. To prowadzi do banalizacji i utraty unikalności konkretnych doświadczeń, w tym śląskich.
Pominięcie zbiorowego wymiaru walki o czyste powietrze (np. działań Rybnickiej Rady Kobiet, które były kontynuacją wielopokoleniowego wysiłku) na rzecz indywidualistycznej mitologii „siłaczki” jest typowe dla współczesnego indywidualizmu. W tradycyjnym katolickim rozumieniu dobro wspólne jest osiągane przez wspólnotę, często przez małe, ciche działania inspirowane wiarą, a nie przez spektakularne buntu. To pokazuje, jak daleko współczesna kultura odeszła od chrześcijańskiego rozumienia społeczeństwa jako „Ciała Mistycznego” i od etyki wspólnoty.
Wreszcie, komercjalizacja trauma przez Netflixa – gdzie cierpienie dzieci staje się tłem dla dramatu i emocji widza – jest przejawem tego, co św. Pius X potępiał w modernizmie: redukcji religii i moralności do subiektywnego doświadczenia i użyteczności. Prawda o cierpieniu, grzechu, odkupieniu jest zastąpiona przez historię, która ma „zagrać” emocjonalnie, ale nie ma wewnętrznej mocy przemiany.
Za artykułem:
Po emisji „Ołowianych dzieci” na Śląsku zawrzało. Rozumiem negatywne emocje (tygodnikpowszechny.pl)
Data artykułu: 18.02.2026



