Portal Tygodnik Powszechny (21 kwietnia 2026) prezentuje felieton Olgi Drendy, w którym autorka snuje refleksje nad pojęciem czasu, przestrzeni i wolności, opierając się na osobistych doświadczeniach oraz popkulturowych odniesieniach do postaci Białego Królika z „Alicji” czy Goofy’ego z kreskówek Disneya. Drenda przeciwstawia „niezawodną intuicję” nielicznych – którą ironicznie porównuje do atestu Okręgowego Urzędu Miar – własnym, pełnym nerwowości zmaganiom z „szacowanym czasem dotarcia na miejsce”. Tekst, osadzony w konwencji psychologii codzienności, promuje autonomię jednostki, swobodę od „pomiarów” i krytykuje mechanizmy self-trackingu, jednocześnie nie wychodząc poza horyzont czysto naturalistycznego, immanentnego postrzegania świata. Całość stanowi klasyczny przykład nowoczesnej literatury świeckiej, która w swojej istocie, mimo znamion poszukiwania spokoju, pozostaje całkowicie głucha na nadprzyrodzony wymiar egzystencji człowieka.
Naturalistyczna pustka i ignorancja Boga
Analizując tekst Olgi Drendy na poziomie faktograficznym, uderza całkowity brak odniesień do Stwórcy. Świat przedstawiony to zamknięty system, w którym człowiek mierzy się z czasem i przestrzenią, jakby Bóg nie istniał (etsi Deus non daretur – jakby Bóg nie istniał). Autorka zachwyca się fryzjerem, który „zakład jest czynny, gdy jestem wolny”, widząc w tym „motto na życie”. Jest to jednak czysto humanistyczna autonomia, która zamiast opierać się na wolności dzieci Bożych, o której mówi św. Paweł: „Ku wolności wyswobodził nas Chrystus” (Ga 5,1 Wlg), stawia na samowolę poddanego jedynie własnym rytmom biologicznym i rynkowym.
Poziom językowy felietonu jest nasycony terminologią psychologiczną i socjologiczną („autonomia”, „self-tracking”, „smog nerwowości”), co jest symptomatyczne dla współczesnej inteligencji, która zatraciła język teologii. Drenda pisze o „szacowanym czasie”, który zmienia ją w „nieznośną kombinację” cech postaci z bajek. Język ten, choć literacki, jest jałowy dogmatycznie. Zamiast mówić o Providentia Divina (Boskiej Opatrzności), która zarządza czasem i wiecznością, mamy do czynienia z „intuicją co do czasu i przestrzeni”, która rzekomo „została zatwierdzona przez Okręgowy Urząd Miar”. To bezbożna sakralizacja biurokracji i własnych odczuć, typowa dla mentalności odciętej od depozytu wiary katolickiej.
Teologiczna banalizacja życia codziennego
Na poziomie teologicznym tekst jest manifestacją relatywizmu i indyferentyzmu. Autorka, szukając spokoju, odwołuje się do „dobrej, solidnej pracy” i „wolności”, ale czyni to w próżni. Prawdziwy spokój serca nie pochodzi z „ignorowania szacunków” czy „polegania wyłącznie na sobie”, jak radzi Drenda, lecz z łaski uświęcającej i poddania się woli Bożej. Św. Pius X w dekrecie Lamentabili sane exitu potępił błąd, jakoby „prawo kościelne (…) nie odnosiło się do autorów uprawiających naukową krytykę” (Prop. 1), ale szerzej – potępił on całą mentalność, która stawia rozum i wolę ludzką ponad autorytet Boga. Drenda, pisząc o „niezawodnej intuicji”, w istocie buduje własny ołtarzyk ego, na którym składa ofiarę z czasu, ignorując, że „Stolica Twoja, Boże, na wieki wieków” (Ps 44,7 Wlg) i to On wyznacza granice naszej wolności.
Symptomatyczny jest brak jakiejkolwiek wzmianki o grzechu, łasce, modlitwie czy Mszy Świętej. Życie jest tu tylko „walką o autonomię” i unikaniem „rabusiów i sabotażystów”. To wizja świata bez Chrystusa Króla, którego panowanie nad czasem i przestrzenią tak wyraźnie zaznaczył Pius XI w encyklice Quas Primas: „Chrystus króluje w umysłach ludzi (…) króluje w woli ludzi (…) króluje w sercu”. Felieton Drendy jest dowodem na to, że w świecie posoborowym, nawet w publikacjach aspirujących do miana „wiodącego tygodnika społeczno-kulturalnego”, Chrystus Król został zdetronizowany na rzecz „wielkiego, spokojnego malamuta” i własnych emocji.
Krytyka „Tygodnika Powszechnego” jako tuby naturalizmu
Portal Tygodnik Powszechny, prezentując ten tekst, pozycjonuje się jako „wspólnota, która myśli samodzielnie”. W rzeczywistości jest to wspólnota myśląca samowolnie, odcięta od Magisterium Kościoła Katolickiego. Publikowanie tekstów o „kontestowaniu pomiarów” i unikaniu „opasek self-trackingowych” w kontekście czysto świeckim, bez choćby wzmianki o tym, że człowiek jest dłużnikiem Boga ze swojego czasu, jest duchowym bankructwem. To nie jest „myślenie samodzielne”, to jest ucieczka od Prawdy Objawionej.
Poziom symptomatyczny tego felietonu ukazuje stan ducha tzw. „Kościoła otwartego”. Zamiast wzywać czytelnika do nawrócenia i poddania swojego czasu pod berło Chrystusa, oferuje się mu „psychologię codzienności”. Olga Drenda, wymieniając swoje sukcesy zawodowe (dyrektorka Festiwalu Conrada, autorka książek), pozostaje w sferze „Duchologii polskiej” – terminu, którym sama operuje, a który w istocie jest opisem pustki po odrzuconym katolicyzmie. Brak tu wezwania do modlitwy o dobrą śmierć czy o łaskę dobrego użycia czasu, który jest „krótki” (1 Kor 7,29). Zamiast tego mamy „slapstickowe” opowieści o spóźnionym autobusie.
Prawda o czasie i wolności w świetle niezmiennej doktryny
Prawdziwa wolność, o której milczy Drenda, to wolność od niewoli grzechu, a nie od „szacowanego czasu dotarcia”. Prawdziwe zarządzanie czasem to Tempus redemptionis (czas odkupienia). Św. Pius IX w encyklice Quanto Conficiamur Moerore przypominał, że choć ludzie mogą być w błędzie, to jednak „szczerze obserwując naturalne prawo (…) i gotowi słuchać Boga, mogą osiągnąć życie wieczne”. Jednakże Drenda, ignorując nadprzyrodzony cel człowieka, sprowadza życie do „nieustannej walki o autonomię”. To walka skazana na porażkę, bo „beze Mnie nic uczynić nie możecie” (J 15,5 Wlg).
Felieton ten, promujący „niezależność” od miar i systemów, w istocie promuje bunt przeciwko jedynemu Prawodawcy. Prawdziwym „kalibrem” czasu nie jest stoper w telefonie, ale wieczność. Prawdziwym „malamutem”, który godnie kroczy, nie jest człowiek polegający na sobie, ale święty, który polega na łasce Bożej. Tekst Olgi Drendy w Tygodniku Powszechnym jest kolejnym dowodem na to, że struktury posoborowe, nawet w swoich „świeckich” odnogach, serwują czytelnikowi humanistyczną papkę, odzierając go z nadziei na życie wieczne i redukując egzystencję do „smogu nerwowości” i „autonomii” bez Boga.
Za artykułem:
Kontakt z kimś, kto wie, co robi, to jak obserwowanie wielkiego, spokojnego malamuta (tygodnikpowszechny.pl)
Data artykułu: 21.04.2026




