Tradycyjna polska wieś z kościołem i modlącymi się wiejskimi w strojach ludowych kontrastuje z nowoczesnym studiem nagraniowym Tercetu Imperial

„Prymat” Tercet Imperial. Erudycja jest, emocji mniej

Podziel się tym:

Jan Błaszczak w „Tygodniku Powszechnym” recenzuje album „Prymat” Tercet Imperial — kwartetu Jana Młynarskiego i Piotra Zabrodzkiego, który łączy polskie tańce ludowe (mazury, oberki) z afrykańskim kuduro, latynoską batidą czy blisko-wschodnim dabke. Recenzent stwierdza, że muzycy budują „mosty” między kulturami z „godną podziwu erudycją”, lecz produkcja pozostawia go obojętnym — szanuje intencje, nie odczuwa emocji. Album porównuje do wcześniejszych projektów Zabrodzkiego z katalogu Lado ABC, które „imponowały wykonaniem”, ale nie poruszały. Recenzja wpisuje się w szerszy nurt „nowej tradycji” — sceny polskich artystów dialogujących z muzyką ludową, z której wyróżnia się również Oberkas Travel z Marią Siwiec.


Dialog z tradycją czy eskapizm kulturowy?

Recenzja Błaszczaka ukrywa pod pozornie neutralnym tonem problem, który wykracza daleko poza estetykę muzyczną. „Tercet Imperial” buduje „mosty” między mazurami a kuduro, oberkami a dabke — ale mosty prowadzące donikąd, bo pozbawione jest fundamentu, jakim jest tożsamość duchowa. Polski taniec ludowy nie jest abstrakcyjnym rytmem do zabawy: jest wyrazem kultury chrześcijańskiej, w której zawarta jest pamięć o porządku moralnym, o wspólnej modlitwie, o sakramentalnym wymiarze życia rodziny i wsi. Kiedy ten sam rytm zostaje zestawiony z kuduro — muzyką wywodzącą się z afrykańskiego świata duchowego, w którym kult przodków i rytuały pogańskie wciąż żywe — nie powstaje „most”, lecz synkretyzm, który obniża obie tradycje do poziomu dekoracyjnego brzmienia.

Recenzent nie zadaje sobie trudu, by zapytać, co tak naprawdę łączy te rytmy poza czysto fizycznym poczuciem ruchu. Odpowiedź jest prosta: nic, poza ludzką cielesnością. A to właśnie jest sedno problemu — redukcja kultury do cielesności, do tańca jako czystego ruchu, pozbawionego wymiaru duchowego. Pius XI w encyklice Quas Primas (1925) przypominał, że Chrystus Król panuje nie tylko w umysłach, ale i w ciałach, które stają się „zbroją sprawiedliwości Bogu” (Rz 6,13). Taniec, który nie jest skierowany ku Chrystusowi, nie jest aktem czci — jest aktem rozproszenia.

Erudycja bez fundamentu — intelektualna pustka

Błaszczak chwali „godną podziwu erudycję” Tercet Imperial, ale erudycja bez prawdy to tylko biegłość techniczna. Recenzent sam przyznaje, że album „budzi szacunek, ale niekoniecznie emocje” — i ta wypowiedź jest bardziej wymowna, niż zamierzał autor. Emocje nie pochodzą z techniki, ale z prawdy. Prawdziwa muzyka ludowa porusza, bo jest autentyczna — wyraża radość, smutek, modlitwę, walkę z pokusami, nadzieję na zbawienie. Mazur czy oberek śpiewany na wsi podczas wesela miał sens, bo był częścią sakramentalnego rytuału, w którym para składała śluby przed Bogiem, a wspólnota wspierała ich modlitwą.

Kiedy ten sam mazur zostaje wyjęty z kontekstu i zestawiony z elektronicznymi syntezatorami w studiu nagraniowym, staje się relikwiami w muzeum — pięknymi, ale martwymi. Recenzent tego nie dostrzega, bo operuje w kategoriach estetycznych, nie teologicznych. A jednak św. Pius X w dekrecie Lamentabili sane exitu (1907) ostrzegał przed tym, co nazywał „fałszywym dążeniem do nowości” — pogoń za innowacją w naukach świętych prowadzi do odrzucenia dziedzictwa i popadania w najpoważniejsze błędy. To samo dotyczy kultury: nowość nie jest wartością samą w sobie. Nowość bez prawdy to degeneracja.

„Nowa tradycja” — nowa herezja?

Recenzja wpisuje Tercet Imperial w szerszy nurt „nowej tradycji” — sceny artystów dialogujących z muzyką ludową, związanej z festiwalem Nowa Tradycja. Błaszczak z zachwytem opisuje, jak artyści „odwiedzają starych mistrzów, biorą udział w kursach śpiewu, słuchają, czytają” i „traktują wiejską muzykę jak część własnej historii”. Brzmi pięknie, ale pytanie pozostaje: jaka to historia? Czy to historia wiary katolickiej, która ukształtowała polską wsię przez tysiąclecia, czy historia etnograficzna, w której wiara jest tylko jednym z wielu elementów folkloru?

Jeśli „nowa tradycja” traktuje muzykę ludową jako zabytek kulturowy, a nie jako wyraz żywej wiary, to jest to muzealizacja Tradycji — a muzeum to nie kościół. W muzeach eksponuje się szczątki cywilizacji, które umarły. Kościół zaś żyje — albo powinien żyć — niezmienną wiarą, przekazywaną z pokolenia na pokolenie. Pius IX w encyklice Quanto Conficiamur Moerore (1863) ostrzegał przed „śmiertelnym wirusem niewiary i indyferentyzmu rozprzestrzenianym wszędzie” — a indyferentyzm kulturowy, w którym wszystkie tradycje są równe, bo wszystkie są „częścią historii”, jest jedną z jego form.

Recenzja jako symptom — „Tygodnik Powszechny” i kultura bez Chrystusa

Nie można przeoczyć kontekstu, w którym pojawia się ta recenzja. „Tygodnik Powszechny” jest periodykiem związanym ze strukturami posoborowymi — tym samym środowiskiem, które przez siedemdziesiąt lat prowadziło polskich katolików ku apostazji, zamieniając wiarę w „dialog”, liturgię w zgromadzenie, a Kościół w organizację pozarządową. Recenzja Błaszczaka jest symptomatyczna: nie zawiera ani słowa o wymiarze duchowym muzyki, ani jednego odniesienia do wiary, która dała początek polskiej kulturze ludowej.

Recenzent operuje wyłącznie w kategoriach estetycznych i intelektualnych — „erudycja”, „koncepcja”, „stylistyka”, „produkcja”. To język świecki, a nie katolicki. Język, w którym Chrystus jest nieobecny, bo nie mieści się w kategoriach krytyki muzycznej. A jednak każda prawdziwa sztuka powinna prowadzić do Stwórcy — albo przynajmniej zawierać echo Jego obecności. Brak tego echa w recenzji nie jest przypadkowy: jest wynikiem systemowej formacji, która uczy patrzeć na świat bez Boga.

Co zamiast „mostów”? Prawdziwa kultura katolicka

Polska muzyka ludowa nie potrzebuje „mostów” do kuduro czy dabke. Potrzebuje odrodzenia w wierze. Potrzebuje artystów, którzy nie tylko „odwiedzają starych mistrzów”, ale którzy rozumieją, że ci mistrzowie śpiewali o Chrystusie, o Męce Pańskiej, o zbawieniu duszy. Potrzebuje słuchaczy, którzy potrafią usłyszeć w mazurku nie tylko rytm, ale i modlitwę.

Prawdziwa kultura katolicka nie polega na mieszaniu stylów w imię „otwartości” czy „dialogu kultur”. Polega na głębokim zakorzenieniu w Tradycji i na tworzeniu dzieł, które wznoszą duszę do Boga. Jak pisał Pius XI w Quas Primas: „Królestwo Chrystusa obejmuje wszystkich ludzi” — ale obejmuje ich nie przez synkretyzm, lecz przez prawdę. Prawda zaś jest jedna: „Nie masz w żadnym innym zbawienia. Albowiem nie jest pod niebem inne imię dane ludziom, w którym byśmy mieli być zbawieni” (Dz 4,12).

Tercet Imperial buduje mosty, ale mosty te prowadzą donikąd, bo nie mają filaru, którym jest Chrystus. Recenzja Błaszczaka jest inteligentna, ale inteligencja bez wiary jest ślepa. I jak przestrogał św. Paweł: „Jeśli mam wszystką wiarę, tak żebym mógł przenosić góry, a nie będę miał miłości, jestem niczym” (1 Kor 13,2). Erudycja bez miłości do Prawdy jest pustą skorupą — i to właśnie opisuje zarówno recenzowaną płytę, jak i recenzję, która ją przyjęła z takim obojętnym szacunkiem.


Za artykułem:
„Prymat” Tercet Imperial. Erudycja jest, emocji mniej
  (tygodnikpowszechny.pl)
Data artykułu: 19.05.2026

Więcej polemik ze źródłem: tygodnikpowszechny.pl
Podziel się tą wiadomością z innymi.
Pin Share

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Przewijanie do góry
Ethos Catholicus
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.