Felieton Olgi Drendy opublikowany w „Tygodniku Powszechnym” przedstawia banalną scenkę: kobieta przypadkowo spóźniła się z datą wyjazdu do Bydgoszczy i znalazła się w mieście bez powodu, bez spotkania, bez celu – z całym dniem przed sobą. Cały artykuł jest pochwałą bezcelowego lenistwa, samotnego wędrowania i poczucia „psoty” wobec własnego harmonogramu. To, co mogłoby być okazją do refleksji nad darem czasu – najcenniejszym z dóbr, jakie człowiek otrzymuje od Boga – zostaje zredukowane do estetyzacji próżni i fetyszyzacji codziennego odludzenia. Artykuł jest symptomatyczny dla mentalności współczesnego świeckiego intelektualizmu, który nie potrafi zobaczyć w wolnym dniu niczego ponad okazję do „bycia sobie” – jakby człowiek był swoim własnym celem.
Czas jako dar, a nie pustka do zapełnienia
Olga Drenda opisuje swoją przypadkową wizytę w Bydgoszczy z niewyraźną nostalgią: siada nad wodą, je ciasto marchewkowe na murku, chodzi „gdzie nogi poniosą”, kupuje czapkę niewidkę, by zostać anonimową. Cały ten dzień jest przedstawiony jako „psota” – małe, nieszkodliwe zło wobec porządku. Ale za tą pozorną lekkością kryje się pytanie, którego autorka nie zadaje, a które powinno być fundamentalne dla każdego człowieka myślącego: po co mi ten dzień?
Czas jest darem Bożym. Każda chwila jest powierzona człowiekowi nie po to, by ją „spędziła”, lecz by ją odpowiedzialnie rozporządziła. Św. Paweł napisał: „Uważajcie więc dokładnie, jak się zachowujecie, nie jako niemądrzy, lecz jako mądrzy, wykorzystując czas, bo dni są złe” (Ef 5,15-16 Wlg). Te słowa nie pozostawiają miejsca na estetykę bezcelowego włóczęga. Czas jest ograniczony, a jego strata – nawet w formie „gratisowego dnia w nieznanym mieście” – jest faktem, przed którym trzeba stanąć z pytaniem o sens.
Artykuł nie zadaje tego pytania ani razu. Zamiast tego oferuje czytelnikowi konsolację: wystarczy chodzić, patrzeć, jeść ciasto i czuć się „naprawdę żywym, będąc sobie”. To jest etos samowystarczalności, w którym człowiek zamknięty jest w sobie samym, a świat wokół niego staje się tylko dekoracją jego subiektywnego komfortu.
Język estetyzacji próżni
Analiza języka artykułu ujawnia charakterystyczną dla współczesnej inteligencji technikę zamieniania pustki w wartość. Autorka pisze o „oszołomieniu niespodziewaną chwilową wolnością”, o „poczuciu dokonania niegroźnego i bardzo satysfakcjonującego małego naruszenia”, o „dniu powszednim, lecz świątecznym”. Słowa te są dobrane tak, by ukryć to, co tkwi w centrum: brak jakiejkolwiek treści. Dzień bez celu, bez spotkania, bez modlitwy, bez służby – jest tu przedstawiony jako coś pozytywnego, coś, co „wręcz każe się spodziewać, by zdarzyło się coś niezwykłego, jak z filmu”.
To retoryka konsumpcjonizmu duchowego. Człowiek nie szuka Boga, nie szuka bliźniego, nie szuka prawdy – szuka wrażeń. „Cieszysz się ze wszystkiego w sposób trochę durny” – pisze Drenda, cytując przy tym zajęczka z bajki. To zdanie jest kluczowe: radość bez powodu, śmiech bez prawdy, życie bez celu. To jest duchowa anoreksja, w której jedyną pożywką jest własne „ja”.
Betania bez Chrystusa – dzień bez ofiary
Porównanie, które narzuca się z całą mocą, to obraz Betanii. W Ewangelii Łukasa czytamy o domu Marty, Marii i Łazarza – miejscu, gdzie Jezus zatrzymywał się jako gość. Ale Betania nie była „dniem wolnym”. To było miejsce spotkania z Bogiem Wcielonym, miejsce, gdzie Maria „wybrała najlepszą cząstkę”, słuchając słów Pana (Łk 10,42). To było miejsce, gdzie grzech został odpuszczony (por. J 12,1-8), gdzie cierpienie zostało przekute w nadzieję zmartwychwstania.
Dzień Olgi Drendy w Bydgoszczy jest Betanią odwróconą: jest obecność w mieście, ale nie ma spotkania z Bogiem; jest woda Brdy, ale nie ma Źródła Życia; jest ciasto marchewkowe, ale nie ma Chleba Żywego; jest samotność, ale nie ma samotności z Bogiem, która jest warunkiem kontemplacji. To jest Betania, z której wyszli Jezus, Marta, Maria i Łazaro – i została tylko betonowa ryba patrząca na budynek opery.
Pius XI w encyklice Quas Primas (1925) nauczał, że Chrystus panuje nie tylko w umysłach i sercach, ale że Jego Królestwo obejmuje wszystkie aspekty życia, w tym czas, który człowiek otrzymuje. „Nie odbiera rzeczy ziemskich Ten, który daje Królestwo niebieskie!” – czytamy w encyklice, cytując starożytny hymn. Ale to nie oznacza, że rzeczy ziemskie nie podlegają Jego panowaniu. Wręcz przeciwnie: każdy dzień jest darem, który należy złożyć u stóp Króla. Dzień bez ofiary, bez modlitwy, bez miłości – jest dniem zmarnowanym, nawet jeśli został „miłe spędzone”.
Symptom świeckiego humanitaryzmu
Artykuł Drendy jest symptomatyczny dla szerszego zjawiska: kultu dobrostanu psychicznego jako substytutu życia duchowego. Współczesny człowiek, pozbawiony wiary lub obojętny wobec niej, szuka ukojenia w małych rzeczach: w spacerze, w ciastku, w anonimowości, w „byciu sobie”. To jest forma naturalistycznego panteizmu, w którym Bóg zostaje zastąpiony przez „życie” rozumiane jako subiektywne przeżycie.
Św. Pius X w dekrecie Lamentabili sane exitu (1907) potępił jako błąd twierdzenie, że „objawienie było tylko uświadomieniem sobie przez człowieka swego stosunku do Boga” (propozycja 20). To stwierdzenie doskonale opisuje mentalność Drendy: cały świat jest tylko tłem dla jej wewnętrznego monologu, a Bóg – jeśli w ogóle istnieje – jest redukowany do roli statysty w jej estetycznym doświadczeniu.
Nie ma w artykule ani słowa o modlitwie, ani słowa o bliźnim, ani słowa o Bogu. To milczenie jest najcięższym oskarżeniem. Jak pisaliśmy w analizie inicjatywy „Solidarni z Solidarnymi”: milczenie o sprawach nadprzyrodzonych jest formą apostazji. Artykuł Drendy nie jest heretycki – jest po prostu pusty. A pustka, która nie jest wypełniona Chrystusem, zostaje wypełniona czymkolwiek innym: ciastkiem, betonową rybą, neonem „poznaj piękno ziemi bydgoskiej”.
Prawdziwy odpowiedź na wolny dzień
Czytelnik szukający prawdziwej odpowiedzi na pytanie „co zrobić z wolnym dniem?” musi zostać wyprowadzony z błędu. Odpowiedź nie leży w estetyzacji samotności ani w fetyszyzowaniu „bycia sobie”. Odpowiedź leży w Chrystusie, który powiedział: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię” (Mt 11,28 Wlg).
Prawdziwy wolny dzień – dzień wolny od pracy, ale nie wolny od Boga – jest okazją do modlitwy, do służby bliźnium, do uczciwego odpoczynku w ramach ładu Bożego, do Mszy Świętej, do Adoracji, do lektury Pisma Świętego, do samotnicy z Bogiem. To jest program, którego artykuł Drenda nie tylko nie proponuje, ale który jest mu wręcz obcy – bo wymaga przyznania, że człowiek nie jest samowystarczalny, że potrzebuje Zbawiciela, że czas jest darem, a nie własnością.
Pius IX w encyklice Quanto Conficiamur Moerore (1863) napisał: „Eternal salvation cannot be obtained by those who oppose the authority and statements of the same Church and are stubbornly separated from the unity of the Church”. Te słowa przypominają, że każdy dzień – nawet ten „wolny” – jest czasem danym na zbawienie. I ten czas nie może być zmarnowany na betonowe ryby i marchewkowe ciastka.
Krytyczne pytanie do „Tygodnika Powszechnego”
Czy redakcja „Tygodnika Powszechnego”, publikując felieton o „psocie” i bezcelowym lenistwie, zdaje sobie sprawę z tego, że oferuje czytelnikowi duchową pustkę w estetycznym opakowaniu? Czy to wynik nieświadomości, czy też celowego dążenia do utrzymywania czytelnika w naturalistycznej iluzii, że „bycie sobie” jest wystarczającym sensem życia?
W świetle encykliki Pascendi Dominici gregis Piusa X, która potępia redukcję wiary do subiektywnego przeżycia, każdy taki artykuł jest krokiem w stronę duchowego bankructwa. Nie służy on zbawieniu dusz, lecz utrwalaniu ich w przekonaniu, że świat jest tylko scenografią dla naszych małych przyjemności. To jest właśnie duchowe bankructwo, o którym pisał Pius XI w Quas Primas – gdy Chrystus jest usunięty z życia codziennego, ginie sens czasu, a z nim sens samego człowieka.
Oby człowiek częściej „płacil gotówką” – nie tylko w sensie dosłownym, ale w sensie duchowym: by wydawał swój czas, talenty i życie na to, co ma prawdziwą wartość – na Chrystusa i Jego Królestwo. Bo jak napisał Apostoł: „Czy nie wiecie, że jesteście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was?” (1 Kor 3,16 Wlg). Świątynia nie jest miejscem do bezcelowego włóczęga – jest miejscem ofiary, modlitwy i spotkania z Bogiem.
Za artykułem:
Dostałaś niespodziewanie wolny dzień. Co z nim zrobisz? (tygodnikpowszechny.pl)
Data artykułu: 26.05.2026




