Władze Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii i Włoch deklarują, że ich kraje są gotowe wspierać proces wznowienia żeglugi statków przez Ormuz. Obejmuje to „czysto defensywną, niezależną misję”, która miałaby rozminować cieśninę i zachęcić statki handlowe do powrotu na tę trasę — poinformowali we wspólnym oświadczeniu kanclerz Niemiec Friedrich Merz, prezydent Francji Emmanuel Macron, premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer oraz premierka Włoch Giorgia Meloni. Przywódcy zadeklarowali, że ich państwa są gotowe wnieść wkład w tę misję „zgodnie ze swoimi uwarunkowaniami konstytucyjnymi”. Berlin, Londyn, Paryż i Rzym zapowiedziały też możliwość późniejszego „zniesienia odpowiednich sankcji” wobec Iranu pod warunkiem, że władze w Teheranie podejmą „dające się zweryfikować działania w odniesieniu do swojego programu nuklearnego”. Niemcy już wcześniej sygnalizowały gotowość udziału w misji w Ormuzie po zakończeniu wszelkich działań zbrojnych. Merz zastrzegł w maju, że do udziału Bundeswehry w takiej operacji potrzeba prócz mandatu parlamentu także „solidnej koncepcji wojskowej”. Prezydent USA Donald Trump oraz premier Pakistanu Shehbaz Sharif ogłosili w niedzielę, że Stany Zjednoczone i Iran zawarły wstępne porozumienie pokojowe. Trump powiadomił, że nakazał „natychmiastowe” otwarcie Ormuzu i zakończenie amerykańskiej blokady irańskich portów. Do podpisania umowy ma dojść w piątek w Szwajcarii.
Portal Gość.pl relacjonuje wydarzenie, które na pierwszy rzut oka wydaje się triumfeldem zachodniej dyplomacji — cztery wielkie europejskie mocarstwa plus Stany Zjednoczone gotowe do wspólnego działania w strategicznym punkcie globu. Jednak przy głębszej analizie ta „defensywna misja” ukazuje się jako objaw głębszej choroby: nieudolności świeckiej racjonalności w zarządzaniu sprawami międzynarodowymi, która próbuje technokratycznymi środkami naprawić skutki własnych politycznych porażek, nie dochodząc do ich źródła duchowego i moralnego.
Cieśnina Ormuz jako symbol zachodniego bezradności
Cieśnina Ormuz, przez którą przepływa około jednej piątej światowej ropy naftowej, jest jednym z najważniejszych punktów węzłowych globalnego handlu energetycznego. Jej zamknięcie lub zagrożenie bezpieczeństwa żeglugi ma bezpośredni wpływ na ceny surowców energetycznych, a tym samym na gospodarkę całego świata. Fakt, że cztery europejskie mocarstwa dopiero teraz deklarują gotowość do działania — po tym, jak Stany Zjednoczone podjęły pierwsze kroki — świadczy o głębokiej słabości strategicznej Zachodu. Europa, która przez dekady uczyła się polegać na amerykańskim parasolu bezpieczeństwa, odkrywa nagle, że musi działać samodzielnie, ale nie jest ani zgotowana, ani zdolna do tego w sposób, który miałby autonomiczną wartość.
Kanclerz Friedrich Merz zastrzegł, że potrzeba „solidnej koncepcji wojskowej” — a więc Niemcy, które po 1945 roku systematycznie niszczyły swój potencjał militarny i duchowy, dopiero teraz odkrywają, że potrzebują koncepcji. To jest właśnie owoc rozkladu: państwo, które zrezygnowało z myślenia o obronie w kategoriach suwerenności i niezależności, zostaje zmuszone do improwizacji pod presją wydarzeń. Nie jest to dowód siły, lecz dowód na to, że świeckie państwo postmodernistyczne, pozbawione wizji porządku społecznego opartego na prawie naturalnym i nabożeństwie chrześcijańskiem, nie jest w stanie zapewnić nawet podstawowego bezpieczeństwa swoim obywatelom, nie mówiąc już o stabilizacji sytuacji międzynarodowej.
„Defensywna misja” bez duchowego fundamentu
Analiza językowa oświadczenia europejskich przywódców ujawnia charakterystyczny dla współczesnej dyplomacji słownik: „defensywna”, „niezależna”, „rozminowanie”, „zgodnie z uwarunkowaniami konstytucyjnymi”. To język technokratyczny, asekuracyjny, który unika jakichkolwiek odniesień do prawdziwych wartości, które powinny fundamentować politykę zagraniczną. Nie ma w tym oświadczeniu ani słowa o prawach człowieka, o wolności religijnej, o prawie narodów do samostanowienia — kategoriach, które w nauczaniu Kościoła katolickiego stanowią fundament prawa międzynarodowego. Pius XII w swoim orędziu Bożonarodzeniowym z 1944 roku nauczał, że prawdziwy pokój musi opierać się na przestrzeganiu prawa naturalnego i Bożego, a nie na równowadze sił czy technokratycznych układach. Współczesne mocarstwa, odrzucając ten fundament, budują pokój na piasku — i nic dziwnego, że ten pokój jest tak kruchy.
Iran jako test dla zachodniej wizji ładu światowego
W kontekście tej deklaracji nie można pominąć roli Iranu — państwa, które od 1979 roku funkcjonuje jako teokratyczna republika islamska, zredukowana przez Zachód do kategorii „roju państw”. Fakt, że Stany Zjednoczone i Iran zawarły wstępne porozumienie pokojowe, jest znaczący, ale nie z powodu treści — o której dopiero się dowiemy — lecz z samej struktury tego układu. Trump nakazał „natychmiastowe” otwarcie Ormuzu i zakończenie blokady irańskich portów, a sankcje wobec Iranu mają zostać zniesione pod warunkiem weryfikowalnych działań w zakresie programu nuklearnego. To jest typowy przykład polityki appeasement — ustępstwa wobec siły w nadziei, że przyniosą trwały pokój. Historia uczy, że takie ustępstwa wobec ideologii, które odrzucają łaskię i prawd Boże, kończą się zawsze katastrofą.
W świetle encykliki Quas Primas Piusa XI z 1925 roku, która wzywała do uznania panowania Chrystusa Króla nad wszystkimi narodami, trudno dziwić się, że świeckie państwa nie są w stanie zbudować trwałego ładu. Pius XI nauczał, że „Królestwo Odkupiciela naszego obejmuje wszystkich ludzi” i że „najprawdziwiej cały ród ludzki podlega władzy Jezusa Chrystusa”. Dopóki narody i ich władcy nie uznają tej władzy, dopóty wszelkie porozumienia będą tylko przejściowymi rozejami w nieuniknionej konfrontacji cywilizacyjnej.
Europejskie mocarstwa pomiędzy suwerennością a uzależnieniem
Wspólne oświadczenie Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii i Włoch jest też świadectwem głębokiej zależności Europy od Stanów Zjednoczonych. Europa deklaruje gotowość do działania dopiero po tym, jak Ameryka podjęła inicjatywę. To jest obraz kontynentu, który od dekad uniezależnia się od własnych korzeni duchowych, prowadząc politykę świeckości, relatywizmu moralnego i otwarcia na ideologie, które odrzucają Tradycję chrześcijańską. Uwarunkowania konstytucyjne, o których mowa, są eufemizmem dla tego, że żadne z tych państw nie ma już zdolności do autonomicznego myślenia strategicznego. Są one zdolne jedynie do podążania za inicjatywą innych albo do blokowania decyzji — jak to miało miejsce wielokrotnie w historii integracji europejskiej.
Pius XII w encyklice Cupimus Imprimis z 1952 roku ostrzegał przed takim stanem rzeczy, pisząc, że narody, które odrzucają Boga, stają się narzędziami w rękach tych, którzy dążą do dominacji. Europa, która odrzuciła swoje chrześcijańskie dziedzictwo, nie może być wiarygodnym gwarantem pokoju — może być jedynie obserwatorem lub, w lepszym przypadku, wykonawcą cudzych decyzji.
Prawdziwy pokój wymaga prawdziwego fundamentu
Należy powtórzyć za Leonem XIII w encyklice Immortale Dei (1885): państwo jest podobnie jak jednostka ludzka, zdolne do spełnienia swojego powołania tylko wtedy, gdy uznaje Boga za swego Stwórcę i Pana. Dopóki narody nie powrócą do uznania prawa naturalnego, zakorzenionego w prawie Bożym, dopóty wszelkie porozumienia międzynarodowe będą tylko chwilowymi przerwami w nieustannej walce o dominację. Europa, która chce być gwarantem bezpieczeństwa, musiałaby najpierw odzyskać to, co straciła — wiarę w Boga i szacunek dla Jego prawa.
Inicjatywa zabezpieczenia cieśniny Ormuz jest potrzebna i uzasadniona w swej materialnej warstwie. Ale bez duchowego fundamentu — bez uznania, że prawdziwy pokój jest darem Bożym, a nie dziełem technokratycznej dyplomacji — będzie to kolejna próba budowania wieży Babel. Kiedy Stany Zjednoczone i Iran podpiszą wstępne porozumienie, Europa stanie przed koniecznością zdefiniowania swojej własnej roli — i to jest pytanie, na które nie ma odpowiedzi w ramach obecnego paradygmatu politycznego.
Apel o powrót do ładu opartego na prawie Bożym
Czytelnik, który śledzi te wydarzenia, musi zadać sobie pytanie: czy świat, który odrzucił Boga, jest w stanie zapewnić trwały pokój? Odpowiedź daje nam historia i nauczanie Kościoła. Nie jest. Prawdziwy pokój jest darem, który schodzi z góry, a nie produktem negocjacji między państwami. Dopóki władcy nie uznają panowania Chrystusa Króla, dopóty wszelkie porozumienia będą tylko przejściowymi rozejami. Europa ma szansę — ale tylko wtedy, gdy powróci do swoich korzeni. W przeciwnym razie będzie dalej improwizować, budować koalicje i deklarować „defensywne misje”, które nie przyniosą trwałych rezultatów. Niech to będzie przestrogą dla wszystkich, którzy wierzą, że pokój można zbudować bez Boga.
Za artykułem:
Europejskie mocarstwa gotowe zabezpieczyć cieśninę Ormuz. Jest też sygnał dla Iranu (gosc.pl)
Data artykułu: 15.06.2026




