Artykuł z „Tygodnika Powszechnego” (23 czerwca 2026) przedstawia rozmowę z Rene Karabasz, bułgarską powieściopisarką i poetką, której debiutancka powieść „Zanim dojrzeją granaty” znalazła się na krótkiej liście Nagrody Bookera. Autorka opowiada o swoim procesie twórczym, inspiracjach i tematyce swojej twórczości, która oscyluje wokół ciała, traumy, tożsamości płciowej i buntu przeciwko patriarchalnej tradycji. Całość utrzymana jest w estetyce realizmu magicznego, z silnym naciskiem na doświadczenie podmiotowe, emocjonalne i cielesne. Z perspektywy integralnej wiary katolickiej przedstawiony tekst jest kolejnym objawem duchowej pustki, w której człowiek – zraniony, poszukujący, buntowniczy – pozostaje sam ze swoją traumą, bez nadprzyrodzonego kontekstu, który mógłby nadać jej sens odkupieńczy.
Poziom faktograficzny – ciało jako jedyna instancja prawdy
Artykuł w całości opiera się na założeniu, że ciało jest nośnikiem traumy i że proces uzdrowienia polega na jego uwalnieniu – „nie musicie już walczyć o przetrwanie, możecie po prostu być”. To przesłanie jest spójne z duchem współczesnej psychologii humanistycznej i terapii cielesnej, ale jest całkowicie oderwane od nauki katolickiej o człowieku. W ujęciu autorki ciało jest ostatecznym arbitrem prawdy: to ono „pamięta”, to ono „nosi”, to ono „walczy”. Nie ma tu mowy o duszy, o grzechu, o łasce uświęcającej, o sakramencie pokuty jako źródle prawdziwego uzdrowienia. Czytelnik otrzymuje wizję człowieka zamkniętego w swojej cielesności, a jego wyzwolenie ma nastąpić wyłącznie poprzez akceptację tej cielesności i „bycie” w niej.
Tymczasem nauka Kościoła, wyraźnie wyłożona w dokumentach Magisterium, odwołuje się do jedności ciała i duszy. Św. Paweł Apostoł przypomina: „Czy nie wiecie, że ciała są członkami Chrystusa?” (1 Kor 6,15). Ciało nie jest samodzielnym bytem, który „pamięta” niezależnie od duszy – jest ono świętym narzędziem, które ma służyć Bogu. W artykułym tym właśnie ciało staje się bożkiem, a jego „uwolnienie” staje się formą duchowego samouzdrowienia, które nie potrzebuje ani kapłana, ani sakramentu, ani Chrystusa.
Poziom językowy – estetyzacja buntu i naturalizm duchowy
Język, w jakim utrzymana jest rozmowa, jest poetycki, zmysłowy, a momentami wręcz liturgiczny – ale liturgią tego świata, nie liturgią Kościoła. Autorka mówi o „zanurzeniu się w podświadomości”, o „pisaniu prosto z serca”, o „strumieniu świadomości”. To słownik nowoczesnego duchowego naturalizmu, który zastępuje tradycyjną ascezę i modlitwę psychologicznym „wypuszczaniem” i artystycznym „kanalizowaniem”. Proces twórczy jest opisany w kategoriach medytacji, ale jest to medytacja bez Boga – medytacja na własną podświadomość, która ma być źródłem prawdy i siły.
W kontekście katolickim pisanie o ciele i traumie nie jest zakazane – o czym świadczy twórczość wielu świętych, od św. Teresy z Ávila po bł. Marię Faustynę Kowalską. Jednak u nich ciało jest miejscem ofiary, pokory i zjednoczenia z Chrystusem, a nie źródłem autonomicznej prawdy. U Karabasz ciało mówi samo za siebie, a jego język – „intensywny”, „zmysłowy”, „buntowniczy” – staje się formą duchowego samostanowienia, które nie potrzebuje żadnego autorytetu ponad ludzkiego doświadczeniem.
Poziom teologiczny – bez Chrystusa, bez Ofiary, bez sakramentu
Artykuł nie wspomina ani razu o Bogu, o Chrystusie, o Kościele, o sakramentach, o modlitwie, o nadziei chrześcijańskiej. To nie jest przypadek – to jest systemowe pominięcie, które oddaje duchowy klimat współczesnej kultury liberalnej. Człowiek zraniony, buntowniczy, poszukujący – pozostaje sam. Jego jedynym źródłem uzdrowienia jest on sam, jego ciało, jego podświadomość, jego miłość. To jest właśnie naturalizm, który Pius XI w encyklice Quas Primas (1925) demaskował jako zjawisko, które „usuwa Chrystusa z życia publicznego i prywatnego”, prowadziąc do duchowego bankructwa narodów i jednostek.
W ujęciu katolickim trauma – choć realna i bolesna – nie jest ostateczną prawdą o człowieku. Ostateczną prawdą jest Chrystus, który wziął na Sbie wszystkie nasze rany: „On został przebity z powodu naszych grzechów, zmiażdżony z powodu naszych win. Kara spoczęła na Nim, a Jego ranami zostaliśmy uzdrowieni” (Iz 53,5). Bez tego kontekstu każda trauma zostaje zamknięta w sobie, a każde „uwolnienie” staje się iluzją, która nie ma mocy odkupieńczej. Artykuł oferuje właśnie taką iluzję – piękną, poetycką, głęboko ludzką, ale pozbawioną mocy nadprzyrodzonej.
Poziom symptomatyczny – objaw apostazji cichej
Przedstawiony tekst jest objawem tego, co można nazwać „apostazią cichą” – nie jest to otwarty atak na wiarę, ale jej całkowite pominięcie. Człowiek współczesny, nawet głęboko poszukujący, artystyczny, wrażliwy, nie widzi potrzeby sięgnięcia po coś więcej niż własne doświadczenie. To jest właśnie owoc modernizmu, który św. Pius X w encyklice Pascendi Dominici gregis (1907) opisał jako redukcję wiary do subiektywnego przeżycia. Artykuł nie jest heretycki – jest po prostu ludzki. Ale właśnie to jest najcięższym oskarżeniem: że w całej swojej głębi, w całej swojej artystycznej i intelektualnej bogactwie, człowiek nie potrafi dostrzec, że jest stworzenie, które bez Chrystusa jest skazane na wieczne niedojrzałość.
W kontekście konkretnych błędów doktrynalnych, które tekst demaskuje, warto przypomnieć słowa św. Piusa X z dekretu Lamentabili sane exitu (1907), który potępił tezę, że „Kościół bardzo powoli przyzwyczaił się do pojęcia chrześcijanina-grzesznika, którego Kościół rozgrzesza swoim autorytetem” (propozycja 46). W artykułu o ciałach i traumie nie ma mowy o grzechu, o potrzebie rozgrzeszenia, o sakramencie pokuty jako źródle uzdrowienia. Jest tylko ciało, które „może po prostu być”. To jest właśnie duchowa pustka, która zostaje po tym, gdy Chrystus zostaje usunięty z życia człowieka.
Prawda katolicka – ciało jako świątynia, trauma jako ofiara
Nie ma mowy o tym, by odrzucać ciało ani traumę. Kościół naucza, że ciało jest świątynią Ducha Świętego (1 Kor 6,19), a jego rany mogą stać się udziałem w ofierze Chrystusa. Św. Paweł Apostoł mówi: „Pełnię w ciele swoim tego, czego brakuje w cierpieniach Chrystusa dla Jego ciała, którym jest Kościół” (Kol 1,24). To jest właśnie perspektywa, której brakuje w artykule: że nasza trauma, nasze cierpienie, nasze ciało – gdy zostaje zjednoczone z Chrystusem – ma wartość odkupieńczą. Nie dlatego, że „pozwala sobie być”, ale dlatego, że Chrystus wejdzie w tę raną i uzdrowi ją Swoją łaską.
Prawdziwe uzdrowienie nie następuje wówczas, gdy „przestajemy walczyć o przetrwanie”, ale wówczas, gdy oddajemy nasze życie Chrystusowi Królowi, który panuje nie tylko w umysłach, ale i w sercach, i w ciałach, które stają się „zbroją sprawiedliwości Bogu” (Rz 6,13). To jest nauka Quas Primas: Chrystus króluje nad całą naturą ludzką, a Jego królestwo nie jest z tego świata, ale ma moc przemieniać ten świat.
Podsumowanie – piękna pustka
Artykuł o Rene Karabasz jest piękny w swojej ludzkiej głębi. Autorka szczerze dzieli się swoimi doświadczeniami, swoją traumą, swoim buntem. Nie można jej oskarżyć o złą wolę. Ale właśnie to jest najcięższe: że w całej tej pięknej, poetyckiej, głęboko ludzkiej opowieści nie ma miejsca na Chrystusa. Ciało „nosi traumę”, ale nie wie, że jego ostatecznym uzdrowicielem jest Chrystus. Człowiek „buntuje się”, ale nie wie, że jego ostatecznym wyzwoleniem jest posłuszeństwo Chrystusowi Królowi. To jest właśnie duchowa pustka naszych czasów – piękna, artystyczna, głęboko ludzka, ale skazana na wieczne niedojrzałość, dopóki nie spotka Tego, który jest Prawdą.
Za artykułem:
Rene Karabasz: zła baśń i nominacja do Nagrody Bookera (tygodnikpowszechny.pl)
Data artykułu: 23.06.2026



