Portal Tygodnik Powszechny (14 kwietnia 2026) publikuje felieton Olgi Drendy, poświęcony estetyce codzienności wyrażonej poprzez fotografowanie zwykłych posiłków i błahych momentów życia. Autorka pochyla się nad zmianami w nawykach rejestrowania rzeczywistości, przechodząc od oszczędnej fotografii analogowej do cyfrowej nadprodukcji obrazów. Choć tekst sprawia wrażenie niewinnej refleksji nad kulturą wizualną, jest on w istocie świadectwem kulturowego nihilizmu, w którym celebracja „zwyczajności” skutecznie wypiera potrzebę poszukiwania sensu wyższego.
Kult doraźności jako fundament nowoczesnego nihilizmu
Analiza tekstu ujawnia przerażającą w swej beztrosce afirmację immanencji, gdzie „zwyczjne podwórko” czy „jabłka na ceracie” stają się horyzontem ludzkich aspiracji. W świecie, który odrzucił Chrystusa Króla, człowiek, tracąc orientację ku rzeczom nadprzyrodzonym, próbuje nadać sobie znaczenie poprzez gromadzenie śladów własnej egzystencji. Rejestrowanie śniadań nie jest w tym kontekście jedynie „nowym nawykiem”, lecz rozpaczliwą próbą zakotwiczenia się w rzeczywistości, która – pozbawiona odniesienia do porządku wiecznego – staje się jałowa i ulotna.
Autorka felietonu z wielką sympatią opisuje „nieudane makro” czy „chybione próby zrobienia portretu trzmielowi”, podnosząc błąd i nieudolność do rangi wartości estetycznej. To filozofia, w której brak dyscypliny i brak dążenia do doskonałości – nie tylko technicznej, ale przede wszystkim duchowej – staje się celem samym w sobie. W kontekście nauczania Kościoła katolickiego, który zawsze nauczał, że sztuka powinna wznosić duszę ku Bogu, taka redukcja uwagi do „połowy czyjegoś czoła w kadrze” jest degradacją rozumu, który został stworzony do kontemplacji Prawdy, Dobra i Piękna, a nie do celebrowania własnej przeciętności.
Rozkład sakramentalnego pojmowania czasu
Zainteresowanie „starą, niewyjątkową fotografią” z czasów, gdy kliszę oszczędzano na „specjalne okazje”, ukazuje rozkład sakramentalnego pojmowania czasu. W cywilizacji katolickiej czas dzielił się na czas pracy oraz czas święty, uświęcony liturgią, która nadawała sens całemu ludzkiemu życiu. Felietonistka, promując „spontaniczne rejestrowanie życia”, wpisuje się w nowoczesną strategię rozmywania sacrum poprzez zrównanie każdej chwili do poziomu banalności. Nic nie jest wyjątkowe, bo wszystko jest równie bezwartościowe.
Brak w tym tekście, jak i w całej kulturze, którą reprezentuje, świadomości, że człowiek jest istotą powołaną do chwały. Zamiast budować „drugi, równoległy świat w obrazach” złożony z tostów i kawy, wierny katolik winien budować w sobie „mieszkanie dla Boga” (Ef 2,22 Wlg). Ta prosta prawda, oczywista dla pokoleń naszych przodków, zostaje w tekście zastąpiona przez nowoczesną, humanistyczną wrażliwość, która w „osadzie z nadprodukcji obrazów” upatruje jedynego dziedzictwa człowieka. Jest to świadectwo cywilizacji, która boi się wieczności, więc próbuje „zatrzymać czas” w pamięci swoich smartfonów.
Odejście od porządku nadprzyrodzonego
Pominięcie w artykule jakiegokolwiek odniesienia do porządku nadprzyrodzonego jest najbardziej wymownym symptomem systemowej apostazji, w której funkcjonuje „Tygodnik Powszechny”. Skupienie uwagi na „jabłkach na ceracie” zamiast na Najświętszej Ofierze, która stanowi centrum wszechświata i jedyny punkt odniesienia dla sensownego trwania, jest formą duchowego ślepoty. Felieton ten, będąc na pozór jedynie felietonem o fotografii, w rzeczywistości promuje naturalistyczny humanitaryzm, który odcina człowieka od Źródła Życia.
Zamiast wskazywać na potrzebę uporządkowania własnego życia w świetle niezmiennych praw Bożych, tekst utrwala czytelnika w przekonaniu, że wystarczy „lubić” swoją codzienność, by osiągnąć spokój. To fałszywa obietnica. Jak przypominał Pius XI w encyklice Quas Primas, jednostki i państwa, które odrzucają panowanie Chrystusa, skazują się na niepokój i zagładę. Rejestrowanie śniadań nie uleczy ran duszy ani nie przybliży nas do zbawienia. Jedynie Bezkrwawa Ofiara Kalwarii, sprawowana przez kapłanów w ważnych sakramentalnie warunkach, posiada moc nadawania autentycznego sensu każdemu ludzkiemu działaniu – również posiłkom – włączając je w ekonomię zbawienia.
Prawdziwa fotografia życia – w świetle łaski
Warto na zakończenie przypomnieć, że prawdziwą „fotografią” naszego życia nie jest zbiór cyfrowych danych, które „ulatniają się jak kamfora”, lecz zapis naszych czynów w księgach Bożych. Każdy nasz gest, każda myśl, każdy posiłek spożyty z wdzięcznością dla Stwórcy, w stanie łaski uświęcającej, posiada wartość wieczną. Nie potrzebujemy aparatów, aby to uwiecznić, lecz potrzeba nam wiary, by to dostrzec. Dopóki nowoczesne media będą nas karmić jedynie „małymi obrazami codzienności”, dopóty będziemy pozostawać w stanie duchowej nędzy, niezdolni do wyjścia poza własny, ciasny, doczesny horyzont. Powrót do integralnej wiary katolickiej jest jedyną drogą do odzyskania zdolności patrzenia na świat w sposób właściwy – nie jako na kolekcję kadrów, ale jako na stworzenie oczekujące na objawienie chwały synów Bożych.
Za artykułem:
Małe obrazy codzienności. Dlaczego warto fotografować śniadania (tygodnikpowszechny.pl)
Data artykułu: 14.04.2026






