Artykuł Jana Pochecia opublikowany w „Tygodniku Powszechnym” (26 maja 2026) relacjonuje podróż autora na południe Libanu, gdzie obserwuje skutki izraelskiej strategii systematycznego niszczenia wsi szyickich i chrześcijańskich w celu utworzenia bezludnej strefy buforowej. Opisuje zderzenie ponad miliona uchodźców z luksusowym Bejrutem, nieufność mieszkańców północy wobec szyickich uchodźców, degradację Trypolisu oraz ogólną słabość libańskiego państwa. Artykuł, choć dziennikarsko rzetelny w opisie faktów, pozostawia czytelnika w próżni moralnej i duchowej, nie prowadząc go ku jedynemu Źródłowi prawdziwego pokoju – Chrystusowi Królowi i Jego nienaruszalnemu Kościołowi.
Faktograficzna rzetelność w służbie duchowej niemocy
Należy oddać autorowi sprawiedliwość: jego relacja z południowego Libanu jest wnikliwa, szczera i wielowymiarowa. Jan Pocheć dostrzega to, co wielu zachodnich korespondentów pomija – że izraelskie buldożery niszczą wsie zarówno szyickie, jak i chrześcijańskie, a metoda spryskiwania ziemi fosforem ma na celu trwałe wyludnienie tych terenów. Autor nie popada w uproszczenia propagandowe, lecz pokazuje złożoność sytuacji: Hezbollah funkcjonuje wśród szyitów nie tylko jako organizacja zbrojna, ale jako cały system opieki społecznej – szpitale, szkoły, przychodnie. To właśnie ten ostatni fakt powinien skłonić każdego chrześcijanina do głębokiego zastanowienia, czego brakuje w dzisiejszym świecie, gdzie ludzie szukają podmiotowości i godności w strukturach, które z definicji są wrogie Chrystusowi.
Jednakże artykuł, mimo swej reporterskiej wartości, pozostaje uwięziony w paradygmacie świeckiej analizy geopolitycznej. Autor opisuje zjawiska – nienawiść między szyitami a chrześcijanami w Trypolisie, degradację architektury, zamrożenie czynszów doprowadzające do ruiny zabytków – ale nie stawia pytania o przyczyny duchowe tego stanu rzeczy. A przyczyny te są oczywiste dla każdego, kto zna naukę katolicką: skoro Chrystus został usunięty z życia publicznego i prywatnego, giną narody i jednostki. Pius XI w encyklice Quas Primas (1925) nie pozostawiał co do tego żadnych wątpliwości: „Gdy Boga i Jezusa Chrystusa usunięto z praw i z państw i gdy już nie od Boga, lecz od ludzi wywodzono początek władzy, stało się iż zburzone zostały fundamenty pod tąż władzą, gdyż usunięto główną przyczynę, dlaczego jedni mają prawo rozkazywać, drudgy zaś mają obowiązek słuchać.”
Język obojętności wobec krzyża
Analiza językowa artykułu ujawnia charakterystyczną cechę współczesnej dziennikarskiej papki: obojętność wobec tego, co święte. Autor wspomina wypadku profanacji krzyża i figury Maryi przez izraelskich żołnierzy, ale traktuje to jako przyczynę „sugerującą”, że armia atakuje wsie „dlatego, że są chrześcijańskie”, tylko by natychmiast zdementować tę tezę. Tymczasem dla chrześcijanina każda profanacja krzyża jest aktem bluźnierstwem wymagającym publicznego żałowania i zbawiennej pomsty Bożej, a nie dziennikarskiego komentarza „w istocie”. Podobnie, gdy autor opisuje, jak w Trypolisie „chodzenie do kościoła mogło sprowadzić zagrożenie”, nie wyraża żalu nad tym, że wspólnota chrześcijała została wyparta z miasta, które było niegdyś wielokulturowym centrum Bliskiego Wschodu. Milczy o tym, że właśnie odejście chrześcijan z Trypolisu i innych libańskich miast jest jednym z największych zbrodni wieku – wymierzeniem w samo serce Kościoła na Bliskim Wschodzie, miejscu jego narodzenia.
Słownik artykułu jest słownikiem politologii i dziennikarstwa: „strefa buforowa”, „destabilizacja”, „ryzyko rozłamu”, „kryzys ekonomiczny”. Brak w nim słów, które powinny być pierwszym odrzuczem każdego katolickiego serca: krzyż, Ofiara, łaska, zbawienie, grzech, pokuta. To nie jest wina konkretnego autora, lecz systemowa wada tego, co sam określa się mianem „tygodnika społeczno-kulturalnego” – wydania, które zamiast być głosem wiernego Kościoła, jest głosem liberalno-świeckiej elity, dla której religia jest prywatną sprawą, a nie prawem życia.
Teologiczna pustka wobec cierpienia chrześcijan
Najcięższym zarzutem, jaki można wnosić wobec artykułu, jest jego całkowite przemilczenie duchowego wymiaru cierpienia libańskich chrześcijan. Autor opisuje, jak chrześcijańskie wioski są równane z ziemią, jak chrześcijanie uciekają z Tyru i okolicznych wiosek, ale nie poświęci ani jednego zdania temu, że ci ludzie – w przeciwieństwie do szyickich bojowników Hezbollahu – nie mają żadnej oparcia duchowego poza tym, co im oferuje prawdziwy Kościół katolicki. A tego Kościoła w relacji autora po prostu nie ma. Nie ma ani słowa o modlitwie za wygnańców, ani o potrzebie sakramentalnego ukojenia, ani o tym, że jedynym źródłem prawdziwego pokoju jest Chrystus Król, nie zaś „rozejm narzucony przez Donalda Trumpa”, o którym autor wspomina z naiwną wiarą w amerykańską dyplomację.
Pius XI w Quas Primas nauczał: „Oby wszyscy ludzie, skłonni do zapominania, rozważyli, ileśmy Zbawiciela naszego kosztowali: Ni skazitelnym złotem albo srebrem jesteście wykupieni… ale drogą krwią jako baranka niezmazanego i niepokalanego Chrystusa” (1 P 1,18-19). Libańscy chrześcijanie, których artykuł dotyczy, są członkami Ciała Chrystusowego – ich cierpienie jest cierpieniem samego Chrystusa. A jednak „Tygodnik Powszechny” nie jest w stanie tego dostrzieć, bo sam odwrócił się od Chrystusa Króla.
Symptomatyczne pominięcie przyczyn duchowych
Artykuł jest czytelnie symptomatyczny dla stanu duchowego katolickich mediów w Polsce i na świecie. Autor i redakcja widzą skutki – wojnę, wyludnienie, degradację – ale nie widzą przyczyn. A przyczyny są takie, jakie opisał Pius IX w Syllabus Errorum (1864): świat odrzucił panowanie Chrystusa nad narodami, zrównał religię katolicką z fałszywymi religiami, pozbawił Kościół jego praw i wolności. W artykułu nie ma ani jednego słowa o tym, że Liban, niegdyś chrześcjańska perła Bliskiego Wschodu, został wydany na łup sekciarzy i fundamentalistów właśnie dlatego, że Kościół odwrócił się od własnych wiernych.
Profesor Bitar, cytowany w artykule, mówi o „spolaryzowanym społeczeństwie” i „ryzyku rozłamu”. Wassim El Naghi wspomina o traumie wojny domowej i zamknięciu społeczności. Żaden z rozmówców – i sam autor – nie stawia pytania, które jest jedynie słuszne: dlaczego Liban, kraj z tak silnym chrześcijańskim dziedzictwem, nie potrafi się obronić? Odpowiedź jest tylko jedna: dlatego, że libańscy chrześcijanie zamiast wspierać prawdziwy Kościół katolicki i walczyć o publiczne panowanie Chrystusa Króla, zaufali świeckim instytucjom, dyplomacji ONZ i amerykańskim rozejmom. Zaufali ludziom zamiast Bogu. I zostali porzuceni.
Hezbollah jako konsekwencja apostazji
Artykuł trafnie opisuje rolę Hezbollahu w życiu szyickiej społeczności libańskiej – jako organizacji, która oferuje nie tylko broń, ale także szpitale, szkoły i poczucie podmiotowości. Jest to bolesne świadectwo tego, co się dzieje, gdy Kościół nie spełnia swojej misji: ludzie szukają zastępczej opieki w organizacjach, które są Jego wrogami. Autor nie zadaje sobie pytania, dlaczego szyicka społeczność Libanu nie miała dostępu do katolickiej pomocy społecznej, dlaczego nie była ewangelizowana, dlaczego nie znalazła w Kościele „bezpiecznej przystani”. Odpowiedź jest oczywista: dlatego, że struktury posoborowe, zamiast ewangelizować, zajęły się dialogiem międzyreligijnym i ekumenizmem, o którym Pius X w Pascendi Dominici gregis (1907) ostrzegał jako jedną z najpoważniejszych herezji.
W artykule znajdujemy zdanie: „Hezbollah to nie tylko ramię zbrojne, ich armia. To także szpitale, szkoły i poczucie podmiotowości, którego tak bardzo potrzebowała ta «porzucona» szyicka społeczność.” To zdanie powinno być wyrzutem sumienia dla każdego katolika. Kto porzucił tę społeczność, jeśli nie Kościół, który miał być jej matką? Odpowiedź: struktury posoborowe, które zamiast głosić Ewangelię, głosiły dialog z islamem i uznanie „wartości” innych religii.
Bejrut między luksusem a tragedią – znak czasów
Obraz uchodźców z południa kocujących na parkingu między ekskluzywną mariną a galerią sklepów światowych marek jest przebudzającym symbolem współczesnego świata. Zderzenie luksusu z wojenną tragedią, bogactwa z nędzą, nadziei z rozpaczyą – to jest obraz świata, który odrzucił Chrystusa. Św. Paweł napisał: „Ci, którzy chcą bogacić się, wpadają w pokusę i w sidła oraz w wiele pożądliwych i szkodliwych pragnień, które pogrążają ludzi w zatraceniu i zgubie. Korzeniem bowiem wszelkiego zła jest pieniądz” (1 Tm 6,9-10). Bejrut, miasto które niegdyś było „Pariżem Bliskiego Wschodu”, dziś jest symbolem tego, czym kończy się cywilizacja bez Boga: luksus obok nędzy, piękno obok ruiny, nadzieja obok rozpaczy.
Autor nie wyciąga z tego obrazu żadnych wniosków duchowych. Dla niego jest to „szokujące zderzenie”, dla chrześcijanina powinien być wezwaniem do modlitwy i działania. Bo jeśli Kościół nie będzie stał po stronie wygnańców, kto stanie? Hezbollah? Izrael? Donald Trump?
Trypolis – miasto, które wybrało pokój zamiast wiary
Relacja o Trypolisie jest jednym z najbardziej wymownych fragmentów artykułu. Miasto, które „skutecznie omija kolejne konflikty”, ale „ma cenę: tutejsza społeczność mocno się zamknęła i jest nieufna wobec przybyszów”. To jest model dzisiejszego świata: pokój osiągnięty przez izolację, nieufność i zamknięcie. Pokój, który nie jest pokojem Chrystusa, lecz pokojem opartym na strachu i obronie własnych interesów.
Pius XI w Quas Primas nauczał: „Wówczas to wreszcie będzie można uleczyć tyle wan, wówczas to będzie nadzieja, że prawo dawną powagę odzyska, miły pokój znowu powróci, z rąk miecze i broń wypadną, gdy wszyscy chętnie przyjmą panowanie Chrystusa i posłuszni Mu będą a każdy język wyznawać będzie, że Pan nasz Jezus Chrystus jest w chwale Boga Ojca.” Trypolis wybrał pokój bez Chrystusa. I ten pokój jest kruchy, bo oparty na strachu, nie na miłości.
Libańscy chrześcijanie bez Kościoła
Największym bólem artykułu jest brak jakiejkolwiek wzmianki o roli Kościoła katolickiego w życiu libańskich chrześcijan. Autor wspomina o chrześcijańskich wioskach, o chrześcijanach uciekających z Tyru, o chrześcijańskich miastach opuszczonych przez wiernych, ale nie pyta, gdzie są ich pasterze, gdzie jest ich Kościół, gdzie jest Ofiara Mszy Świętej, która jedyna może przynieść im prawdziwe ukojenie.
Dla katolika jest to oczywiste: libańscy chrześcijanie, którzy zostali porzuceni przez struktury posoborowe, szukają pomocy tam, gdzie ją znajdują – w Hezbollah, w ONZ, w amerykańskiej dyplomacji. Ale żadne z tych źródeł nie jest w stanie im dać tego, czego potrzebują najbardziej: łaski sakramentalnej, nadziei zbawienia, poczucia przynależności do Ciała Chrystusowego. Tylko prawdziwy Kościół katolicki, ten, który trwa w niezmiennej Tradycji, może im to zapewnić.
Wezwanie do modlitwy i działania
Artykuł Jana Pochecia, mimo wszystkich swoich dziennikarskich walorów, pozostawia czytelnika w rozpaczy. Opisuje świat, który ginie, ale nie wskazuje drogi ratunku. Widzi cierpienie, ale nie widzi jego przyczyn. Widzi skutki, ale nie widzi rozwiązania.
Dla chrześcijanina rozwiązanie jest jedno: powrót do Chrystusa Króla i Jego nienaruszalnego Kościoła. Modlitwa za libańskich chrześcijan, za wygnańców, za ich nieprzyjaciołów. Ofiarowanie Mszy Świętej za ich zbawienie. Walka o publiczne uznanie prawa Bożego i panowania Chrystusa nad wszystkimi narodami.
Pius XI w Quas Primas nauczał: „Niech Chrystus panował w umyśle człowieka, którego obowiązkiem jest z zupełnym poddaniem się woli Bożej przyjąć objawione prawdy i wierzyć silnie i stale w naukę Chrystusa; niech Chrystus króluje w woli, która powinna słuchać praw i przykazań Bożych; niech panuje w sercu, które, wzgardziwszy pożądliwościami, ma Boga nade wszystko miłować i do Niego jedynie należeć; niech króluje w ciało i członkach jego które jako narzędzia, lub – że słów św. Pawła Apostoła użyjemy – jako zbroja sprawiedliwości Bogu, mają przyczynić się do wewnętrznego uświęcenia dusz.”
Liban potrzebuje nie rozejmu, nie pomocy humanitarnej, nie amerykańskiej dyplomacji. Liban potrzebuje Chrystusa Króla. I tylko prawdziwy Kościół katolicki może Go tam nieść.
Za artykułem:
Strefa bezludna. Co się dzieje na południu Libanu (tygodnikpowszechny.pl)
Data artykułu: 26.05.2026





