Mundial mimo wszystko – świat, który bawi się, gdy dusze giną

Podziel się tym:

Artykuł Michała Okońskiego z „Tygodnika Powszechnego” z 11 czerwca 2026 roku, zatytułowany „Mundial mimo wszystko. O piłce, której nie da się odebrać”, stanowi typowy przykład współczesnej refleksji świeckiego intelektualisty, który próbuje pogodzić świadomość ogromnego moralnego bankructwa współczesnego świata z niemal instynktowną potrzebą zachwytu nad piłkarską grą. Autor szczere opisuje – i w dużej mierze słusznie krytykuje – koszmar organizacyjny, polityczny i etyczny Mistrzostw Świata FIFA 2026, które odbywają się na terytorium Stanów Zjednoczonych rządzonych przez Donalda Trumpa. Wskazuje na sportswashing, komercjalizację, upokorzenia zadawane kibicom i zawodnikom z krajów „niechcianych”, wreszcie na całkowite zawłaszczenie turnieju przez logikę pieniądza i władzy. A jednak – i tu leży sedno jego zdrady intelektualnej – autor nie potrafi oderwać się od kultu piłki nożnej, bo w nim dostrzega „coś, czego nie da się zawłaszczyć”. To właśnie to „coś” jest przedmiotem naszej krytyki: tęsknota za niewinnością, która zastępuje tęsknotę za Bogiem.


Poziom faktograficzny: rzetelny opis rozpaczy, bez diagnozy przyczyn

Michał Okoński rzetelnie dokumentuje fakty. Opisuje dynamiczne ceny biletów, które mają obrócić się przeciwko organizatorom, horrendalne koszty parkingów (do 900 dolarów za większe auta), zakaz wnoszenia wody na stadiony mimo zagrażających zdrowiu upałów, prowizję FIFA w wysokości 15 procent przy odsprzedaży biletów, wreszcie system wizowy, który faktycznie wyklucza kibiców z Iranu, Haiti, Wybrzeża Kości Słoniowej czy Senegalu. Cytuje też przypadek somalijskiego sędziego, którego – mimo delegacji przez kontynentalną federację – nie wpuszczono na teren USA.

Wszystko to są fakty niewątpliwe i potwierdzalne. Problem polega na tym, że autor traktuje je jako niedogodności towarzyszące „normalnemu” przebiegowi imprezy, a nie jako logiczny wynik systemu, który od dekad podporządkował sobie piłkę nożną – i nie tylko ją. FIFA, której prezydent Gianni Infantino wręcza Trumpowi pokojową nagrodę światowej federacji piłkarskiej, nie jest anomalia: jest instytucją, która od lat funkcjonuje jako narzędzie geopolitycznych rozgrywek, a jej „łyse z Fify” Infantino, który cztery lata temu udawał Araba, Afrykanina, geja i migranta, dziś czuje się jak ryba w wodzie w świecie przemocy. Okoński to widzi, ale nie wyciąga z tego wniosku, że sam system FIFA jest produktem tego samego świata, który go oburza.

Rozbudowanie turnieju do 48 drużyn – co autor traktuje jako „niewątpliwy efekt koncesji” Infantino wobec delegatów z mniej reprezentowanych kontynentów – jest w istocie kolejnym krokiem w kierunku totalnej komercjalizacji, w której liczba meczów (104!) sprawia, że nawet zdeterminowany kibic nie jest w stanie obejrzeć turnieju w całości. To nie jest przypadek: to jest projekt. Świat, w którym człowiek nie jest w stanie choćby wiernie śledzić wydarzenia sportowego, jest światem, w którym jest łatwiejszą ofiarą manipulacji.

Poziom językowy: ton rezygnacji, nie protestu

Język Okońskiego jest językiem człowieka, który wie, że nie ma wyjścia. Mówi o „prawie Kupera” – regule, według której ostatnie dwa tygodnie przed mistrzostwami przynoszą wysyp tekstów o najgorszym turnieju w historii – i jednocześnie przyznaje, że „jak tylko rozlegnie się pierwszy gwizdek, ciemności zaczynają się rozwiewać”. To nie jest język krytyka, lecz język uzależnionego, który wie, że jego nałóg jest szkodliwy, ale nie potrafi się od niego uwolnić.

Charakterystyczne jest też odwołanie do Pilcha – legendarnego polskiego komentatora – i jego odpowiedzi na pytanie, czy obejrzał wszystkie meczy mundialu w Brazylii: „Nie widziałem drugiej połowy Honduras–Ekwador i do tej pory sobą gardzę”. Cytat ten, wygłoszony z przymrużeniem oka, staje się w ustach Okońskiego dowodem na to, że nawet najwięksi znawcy futbolu mają swoje granice. Ale granice te nie wynikają z rozsądku – wynikają z przytłoczenia ofertą, która jest celowo wygenerowana przez rynek, by utrzymać człowieka w stanie permanentnego pobudzenia i nie dopuścić do refleksji.

Autor pisze o „tęsknocie za światem, w którym bywało się na podwórku Bońkiem, Smolarkiem, Lato czy Matysikiem”. To sentymentalny obraz, który ma za zadanie wzbudzić emocje, ale jednocześnie ukrywa prawdę: tamten świat – świat lat osiemdziesiątych – był również światem, w którym Kościół w Polsce był jeszcze instytucją, do której można było się zwrócić o moralny kompas. Dziś, gdy struktury posoborowe zdradziły swoje powołanie, kibice nie mają już nawet tego punktu oparcia – i dlatego uciekają w nostalgię za podwórkami, zamiast szukać odpowiedzi w wierze.

Poziom teologiczny: Chrystus pominięty, piłka uwielbiona

Z perspektywy integralnej wiary katolickiej, artykuł Okońskiego jest dokumentem duchowej pustki, w jakiej funkcjonuje współczesny człowiek. Autor, który pisze o „niewinności”, o „prawdzie kogoś, kto odkrywa w sobie poczucie przynależności do wspólnoty narodowej”, o „czegoś, czego nie da się zawłaszczyć” – nigdy nie wspomina o Jedynym, który jest Źródłem wszelkiej wspólnoty, wszelkiej niewinności i wszelkiego piękna. Jezus Chrystus, który jest „Prawdą, Drożdżem i Życiem” (J 14,6), nie istnieje w horyzoncie myślowym autora.

Pius XI w encyklice Quas Primas (1911) nauczał, że Chrystus króluje nie tylko w umysłach i wolach ludzi, ale także w sercach – i że „nie ma w nas władzy, która by wyjęta była z pod tego panowania”. Okoński pisze o futbolu jako o czymś, co „przypomina religię”, ale nie potrafi – albo nie chce – nazwać tej religii. A przecież to właśnie jest sedno problemu: człowiek, który utracił Boga, zastępuje Go bożkami – i piłka nożna, z całym swym kultem, z trybunami pełnymi oddanych wyznawców, z rytuałami (od śpiewów po tatuaże), z hierofanią (bramki jako chwile objawienia), jest dziś jednym z najpotężniejszych bożków.

Św. Pius X w encyklice Pascendi Dominici gregis (1907) ostrzegał przed modernistami, którzy „redukują wiarę do uczucia religijnego i subiektywnego przeżycia”. Okoński nie jest heretykiem – jest po prostu człowiekiem, który nie ma dostępu do prawdziwej wiary, bo struktury, które powinny jej udzielić, zdradziły swoje powołanie. Jego tęsknota za „niewinnością” jest w istocie tęsknotą za stanem łaski uświęcającej, którego nie potrafi nazwać.

Poziom symptomatyczny: mundial jako ikona świata bez Boga

Mundial 2026, opisywany przez Okońskiego, jest ikoną współczesnego świata: świata, w którym pieniądz decyduje o tym, kto może być gościem, a kto jest intruzem; w którym człowiek jest traktowany jako konsument, a nie jako osoba; w którym przemoc jest normą, a gościnność – pozorem. To świat, który Pius XI opisywał w Quas Primas jako świat, w którym „gdy Chrystus jest usunięty z życia publicznego i prywatnego, ginąć muszą narody i jednostki”.

Okoński pisze, że „marzenia Julesa Rimeta o świecie pojednanym dzięki sportowi, po upływie stulecia wydają się po prostu śmieszne”. I ma rację – ale nie dlatego, że sport nie może jednoczyć, lecz dlatego, że pojednanie bez Chrystusa jest niemożliwe. „Błogosławieni pokojotwórcy, albowiem oni synami Bożymi będą nazwani” (Mt 5,9) – ale prawdziwy pokój jest tylko w Królestwie Chrystusowym, nie zaś na stadionach, gdzie decydują pieniądz i polityka.

Autor kończy artykuł wyznaniem: „O co dokładnie chodzi, nie powiem, no bo przecież się jeszcze nie zaczęło”. To zdanie jest kluczowe: człowiek, który nie potrafi nazwać tego, czego szuka, jest człowiekiem, który błądzi. A jedynym, kto może mu wskazać drogę, jest Ten, którego imię nie padło ani razu w całym artykułu – Jezus Chrystus, Król wieków, którego „królestwa nie będzie końca” (Łk 1,33).

Kibicowanie zamiast modlitwy – co ofiarujemy światu?

Należy oddać Okońskiemu, że nie jest głupi. Wie, że świat jest zepsuty. Wie, że FIFA jest skorumpowana. Wie, że Trump wykorzystuje mundial do wizerunkowych celów. Ale wszystko to, co potrafi zaproponować, to „oglądanie piłki z dziecięcą świeżością”. To nie jest odpowiedź – to jest ucieczka.

Prawdziwy katolik, stojący przed widokiem świata, który „bawi się, gdy dusze giną”, nie szuka konsolacji w sporcie. Modli się. Ofiaruje. Wstawia się. Prosi o łaskę nawrócenia dla tych, którzy zboczyli z drogi. Pamięta słowa św. Pawła: „Czy nie wiecie, że ci, którzy biegają na stadionie, wszyscy wprawdzie biegają, ale tylko jeden zdobywa nagrodę? Biegajcie więc tak, byście zdobyli” (1 Kor 9,24). Nagroda, o której mówi Apostoł, nie jest pucharem FIFA – jest koroną nieśmiertelności.

Okoński pisze, że „chyba tylko podczas Bożego Narodzenia doświadcza się podobnego spotkania z niewinnością”. To zdanie, wypowiedziane mimochodem, jest bardziej głębokie, niż autor zdaje sobie sprawę. Bo Boże Narodzenie to właśnie spotkanie z Niewinnością – z Dzieciątkiem Jezusem, które przyszło na świat, by go odkupić. Problem polega na tym, że Boże Narodzenie, które Okoński ma na myśli, jest prawdopodobnie Bożym Narodzeniem posoborowym – z „pasterką” w duchu ekumenicznym, z choinką zamiast szopki, z Mikołajem zamiast św. Maksymiliana Kolby. To nie jest Niewinność – to jest jej parodia.

Piłka, której nie da się odebrać – ale nie dlatego, że jest święta

Artykuł Okońskiego jest smutnym dokumentem naszych czasów: człowiek, który widzi zło, ale nie ma siły, by mu się przeciwstawić, bo nie ma wiary, która by go umocniła. Jego „piłka, której nie da się zawłaszczyć” jest w istocie tylko kolejnym produktem rynku, który – jak każdy produkt – ma swoją cenę. Tyle że cena ta jest wyższa niż 300 dolarów za parking: to cena duszy, która szuka zachwytu tam, gdzie go nie ma.

Prawdziwy zachwyt – ten, który nie zawodzi, który nie jest zawłaszczany przez Trumpa ani Infantino – jest tylko w Najświętszej Ofierze Mszy Świętej, w sakramencie pokuty, w adoracji Najświętszego Sakramentu. Tam, a nie na stadionach, dusza znajduje to, czego szuka. Tam, a nie w bramkach Messiego czy Ronaldo, człowiek spotyka się z Prawdą, która go wyzwala.

Pius XI w Quas Primas napisał: „Oby się to stało, Czcigodni Bracia, iżby nie należący do Kościoła zapragnęli i przyjęli dla dobra swego zbawienia słodkie jarzmo Chrystusowe”. To jest odpowiedź na tęsknotę Okońskiego: nie piłka, ale Chrystus. Nie mundial, ale Królestwo. Nie nostalgią za podwórkami, ale nadzieją na Królestwo Niebieskie, w którym „z rąk miecze i broń wypadną, gdy wszyscy chętnie przyjmą panowanie Chrystusa i posłuszni Mu będą a każdy język wyznawać będzie, że Pan nasz Jezus Chrystus jest w chwale Boga Ojca”.


Za artykułem:
Mundial mimo wszystko. O piłce, której nie da się odebrać
  (tygodnikpowszechny.pl)
Data artykułu: 11.06.2026

Więcej polemik ze źródłem: tygodnikpowszechny.pl
Podziel się tą wiadomością z innymi.
Pin Share

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Przewijanie do góry
Ethos Catholicus
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.