Artykuł Marka Bieńczyka w „Tygodniku Powszechnym” (23.06.2026) to rzeczowy, ale jednocześnie zdradzający się portret Violette Leduc – pisarki, która z biedy, odrzucenia i nieszczęść zrobiła prozę „gwałtowną, cielesną i osobną”. Autor przywołuje filmik z Genetem, psychodramę z Beauvoir, cenzura Gallimarda, nieocenzurowane wydanie „Ravages” w 2024 r., by pokazać, że Leduc „wżerała się w materię słów”. To jednak tylko wierzchołek góry lodowej. Artykuł, mimo pozornej głębi, jest kolejnym przykładem tego, jak katolicki portal prasowy (nawet ten o wolnym, lewicowym profilu) przedstawia postaci i zjawiska w całkowitym oderwaniu od fundamentalnych prawd o człowieku, grzechu i zbawieniu. Czytając o „desakralizacji matki”, „kobiecym głosie” czy „odwadze pisania o ciele”, nie znajdujemy ani słowa o tym, że prawdziwa odwaga nie polega na bezkompromisowym obnażaniu własnych ran, ale na poniesieniu ich w zjednoczeniu z Chrystusem. Zamiast więc literackiej „pustyni, która gada”, powinniśmy zobaczyć w Leduc biedną duszę, która szukała ukojenia w ciele i słowach, a nie znalazła go, bo nie została prowadzona do jedynego Źródła Łaski.
Desakralizacja matki bez pokazu Chrystusa
Artykuł cytuje słynny incipit „Duszności”: „Moja matka nigdy nie podała mi ręki”. Bieńczyk zauważa, że „po raz pierwszy w literaturze francuskiej ktoś desakralizował matkę na taką skalę”. To prawda, ale tylko w kategoriach literackiej historii. Z perspektywy katolickiej, matka jest pierwszym obrazem Bożej troski, a jej odrzucenie – choć bolesne – nie może być punktem wyjścia do „prozy gwałtownej”, lecz do zrozumienia, że tylko w Matce Bożej, Niepokalanym Sercu Marji, człowieka znajduje prawdziwe ukojenie. Artykuł nie wspomina, że prawdziwa „Duszność” to nie tylko brak matki, ale brak Boga. Leduc pisała o pustyni, ale nie wiedziała, że prawdziwa pustynia to dusza bez łaski. To nie wina pisarki, która działała w dobrej wierze, ale wina portalu, który nie jest w stanie dostrzec, że poza Chrystusem i Jego Kościołem nie ma prawdziwego uzdrowienia, a najpiękniejszy literacki obraz bólu staje się tylko cieniem prawdziwego ukojenia, które jest w Nim.
Cenzura Beauvoir i pruderia mieszczańska
Bieńczyk opisuje, jak Simone de Beauvoir była „faktycznym cenzorem” rękopisów Leduc, wykreślając „drastyczne w jej mniemaniu opisy miłości lesbijskiej”, tępiąc „poetyckie ekscesy”. Autor sugeruje, że interwencje te były „pozostałością smaku mieszczańskiego, złogami pruderii”. To jednak tylko powierzchowna ocena. Prawdziwa cenzura, o której nie wspomina Bieńczyk, to cenzura łaski, której Leduc nigdy nie otrzymała, bo jej przewodnik Beauvoir była zaprzeczeniem katolickiej antropologii. Zamiast wskazać, że prawdziwa wolność kobiety nie polega na bezkompromisowym obnażaniu cielesności, ale na jej zintegrowaniu z duchowym planem Stwórcy, artykuł zadowla się konstatacją, że Beauvoir była „pruderą”. To zbyt mało. Prawdziwa pruderia to nie wstydliwość obcowania z ciałem, ale wstydliwość obcowania z grzechem, który to ciało zniekształca. Artykuł nie dociera do sedna: że prawdziwa odwaga to nie pisanie o ciele, ale pisanie o duszy, która jest wiecznie odkupiona.
Bezkrwawa ofiara literackiej terapii
Artykuł podkreśla, że Leduc „przebierała się w materię słów, by w ten sposób wżerać się we własne istnienie, podsycać ogień”. To bolesny obraz, ale niepełny. Prawdziwe ukojenie nie polega na „wżeraniu się” w słowa, ale na wżeraniu się w Chrystusa, który jest Słowem Życia. Leduc szukała ukojenia w literaturze, ale literatura jest tylko narzędziem, nie celem. Artykuł nie wskazuje, że prawdziwa „Duszność” to nie tylko literacka katharsis, ale katharsis sakramentalna, która jest możliwa tylko w prawdziwym Kościele. Zamiast więc podziwiać „odwagę” pisarki, powinniśmy z żalem stwierdzić, że jej odwaga była odwagą czysto naturalną, bez nadprzyrodzonego sensu. To nie wina Leduc, ale wina środowiska, które jej nie poprowadziło.
Polityczna bezradność i brak prawdziwego horyzontu
Bieńczyk wspomina, że Leduc „nie posługiwała się takimi pojęciami” jak patriotyzm, demokracja, komunizm, lewica, prawica. To prawda, ale nie powinno być powodem do dumy. Prawdziwa polityka nie polega na hasłach, ale na budowaniu Królestwa Chrystusa. Artykuł nie wskazuje, że prawdziwa sprawiedliwość społeczna wynika z uznania panowania Chrystusa Króla nad wszystkimi narodami. Zamiast więc podziwiać „osobność” Leduc, powinniśmy zobaczyć w niej biedną duszę, która nie znalazła prawdziwego kierunku, bo jej przewodnicy byli bezradni. To nie wina pisarki, ale wina intelektualistów, którzy zamiast prowadzić do Boga, prowadzili do pustki.
Konkluzja: Literatura bez Boga jest pustynią
Artykuł Bieńczyka jest rzeczowy, ale bez nadprzyrodzonego horyzontu. Opisuje bolesny kobiecy los, ale nie wskazuje prawdziwej drogi. Leduc była „pustynią, która gada”, ale prawdziwa pustynia to dusza bez Boga. Prawdziwa odwaga to nie pisanie o ciele, ale pisanie o duszy, która jest wiecznie odkupiona. Prawdziwa wolność to nie bezkompromisowe obnażanie własnych ran, ale poniesienie ich w zjednoczeniu z Chrystusem. Artykuł nie wskazuje tej drogi, a jego „odwaga” pozostaje w sferze czysto naturalnej. To nie wina Leduc, ale wina środowiska, które jej nie poprowadziło. Prawdziwa literatura nie polega na „wżeraniu się” w słowa, ale na wżeraniu się w Chrystusa, który jest Słowem Życia. Tylko w Nim dusza znajduje prawdziwe ukojenie, a najpiękniejszy literacki obraz bólu staje się ofiarą, która ma wartość odkupieńczą.
Za artykułem:
Violette Leduc: pisarka, która wżerała się w życie i słowa (tygodnikpowszechny.pl)
Data artykułu: 23.06.2026


