Felieton Bartosza Sadulskiego opublikowany w „Tygodniku Powszechnym” (19 maja 2026) to wyznanie syna, który od czternastu lat próbuje przepracować śmierć matki, a w chorobie sąsiadki — palaczki i rakowej pacjentki — odnajduje ponownie jej cień. Autor porównuje swoją żałobę do kredytu hipotecznego, którego spłaca w ratach, opisuje pięć etapów żałoby Kübler-Ross, zmywanie jako kompulsywną reakcję na stratę, eskapizm i destrukcję własnego życia po śmierci mamy. Wspomina ostatnie zapiski matki, ojcu, który nie wie, gdzie są małe ręczniki, o księdzu Robaczkowie, który „zapewnił ją, że nawet po kremacji będzie mogła zmartwychwstać”. Tekst jest poruszający w swojej ludzkiej nagości, lecz staje się jednocześnie dokumentem duchowej pustki, w jakiej funkcjonują wierni pozbawieni prawdziwego Kościoła — bo nawet w obliczu śmierci nie docierają do nich sakramentalna prawda o męce, ofierze i zbawieniu.
Poziom faktograficzny: wyznanie syna, który nie potrafi odpłacić długu żałoby
Bartosz Sadulski pisze o czymś, co jest głęboko ludzkie i uniwersalne: o tęsknocie za matką, o bólu straty, o bezsilności wobec choroby bliskiej osoby. Jego felieton jest uczciwy w swojej ranie — nie udaje, że ma wszystko poukładane, nie udaje, że żałoba „przebiegła zgodnie z planem”. Przyznaje, że od czternastu lat żyje z odroczoną rozpaczą, że zajął się „odwróconą archeologią”, czyli zakopywaniem tego, co było dla niego ważne, i „wielopoziomową destrukcją”. Opisuje kompulsywne zmywanie, które trwa do dziisiaj, paraliż przy wiadomości o nowotworze sąsiadki, spazmy przy wspomnieniu matki kupującej króliczka. To wszystko jest prawdziwe i poruszające.
Jednakże analiza faktograficzna ujawnia coś więcej niż osobistą historię. Autor opisuje świat, w którym śmierć jest jedynie biologicznym faktem, a żałoba — procesem psychologicznym do „przeżycia” lub „adaptacji”. W tekście nie ma ani jednego słowa o sakramencie ostatnego namaszczenia, o ważności stanu łaski uświęcającej w chwili śmierci, o modlitwie za zmarłych w kontekście dogmatu o odkupieniu. Ksiądz Robaczek, który przyjeżdża do umierającej kobiety, jest opisywany przez pryzmat komicznej fizjonomii („rażące podobieństwo do Mela Brooksa”) i jednej wypowiedzi o zmartwychwstaniu po kremacji — wypowiedzi, która brzmi bardziej jak pocieszenie sensu niż jako nauczanie o zmartwychwstaniu ciał. To nie jest pełna relacja sakramentalna, lecz jej cień.
Poziom językowy: słownik psychologii zamiast słownika wiary
Język felietonu jest językiem terapeutycznym i literackim, nigdy teologicznym. Mówi się o „pięciu etapach żałoby” Kübler-Ross, o „adaptacji” w ciągu pół do roku, o „kompulsywnych zajęciach”, o „eskapizmie”, o „odwróconej archeologii”. Są to kategorie psychologii świeckiej, które same w sobie nie są złe, ale w kontekście śmierci i żałoby stają się rażąco niewystarczające. Autor cytuje Joan Didion, Johna Cheevera, Juliana Barnesa, film „Destrukcja” z Jake’em Gyllenhaalem — ale ani razu nie cytuje Pisma Świętego, ani jednego Ojca Kościoła, ani jednego dokumentu Magisterium. Milczenie o nadprzyrodzonym wymiarze śmierci jest tu absolutne.
Szczególnie symptomatyczny jest fragment o księdzu Robaczkowie: „Starszy kapłan, ksiądz Robaczek (naprawdę się tak nazywał), budził mój strach, kiedy grzmiał w niedzielę z ambony w Kościele św. Krzyża albo spowiadał nas, młodych gniewnych gimnazjalistów z grzechów samogwałtu i kłamstwa”. To zdanie ujawnia, że autor kojarzy katolikizm wyłącznie z lękiem, autorytetem i grozą — nigdy z łaską, miłosierdziem czy nadzieją. A kiedy ksiądz przyjeżdża do umierającej matki, jest opisywany jako postać marginalna, niemal komiczna, która „zapewnił ją, że nawet po kremacji będzie mogła zmartwychwstać”. To nie jest opis wizyty duszpasterza — to jest opis wizyty kogoś, kto nie jest w stanie przekazać prawdy o śmierci, bo sam jej nie zna lub nie potrafi jej wypowiedzieć.
Poziom teologiczny: śmierć bez ofiary, żałoba bez nadziei
Święty Pius XI w encyklice Quas Primas (1912) nauczał, że Chrystus Król panuje nie tylko w umysłach i wolach, ale i w sercach, i w ciałach, które stają się „zbroją sprawiedliwości Bogu” (Rz 6,13). Śmierć chrześcijanina nie jest zwykłym biologicznym zjawiskiem — jest przejściem do wiecznego życia, momentem, w którym dusza staje przed sądem Bożym, a ciało, choć ulegnie rozkładowi, ma zmartwychwstać w dniu ostatecznym. Kościół od wieków nauczał o „dobrej śmierci” (ars moriendi) jako o akcie wiary, pokuty i nadziei, wspartym sakramentami: spowiedzią, ostatnim namaszczeniem i Komunią Świą jako viaticum, czyli pokarmem na drogę do wieczności.
W felietonie Sadulskiego nic z tego nie ma. Śmierć matki jest opisana jako proces medyczny: diagnoza, operacja, morfina, hospicjum, pogrzeb w słoneczny dzień meczu Euro 2012. Ksiądz przyjeżdża, ale jego rola jest zredukowana do jednego zdania o zmartwychwstaniu po kremacji — zdanie, które nie niesie żadnej treści teologicznej, bo nie odnosi się do dogmatu o zmartwychwstaniu ciał, do potrzeby spowiedzi, do ważności stanu łaski. To nie jest wina księdza Robaczka jako osoby — to jest wina systemu, który wyprodukował kapłanów niezdolnych do głoszenia prawdy o śmierci.
Święty Pius X w dekrecie Lamentabili sane exitu (1907) potępił jako błąd twierdzenie, że „Kościół bardzo powoli przyzwyczaił się do pojęcia chrześcijanina-grzesznika, którego Kościół rozgrzesza swoim autorytetem” (propozycja 46). W felietonie Sadulskiego nie ma ani słowa o sakramencie pokuty — tym sakramencie, który jest jedynym źródłem odpuszczenia grzechów śmiertelnych i jedyną drogą do zbawienia dla umierającego. Matka autora, choć „ćmiła jednego papieroska wieczorem” i była radną lewicowej partii, miała prawo na spowiedź, ostatnie namaszczenie i Komunię Świą. Czy to się stało? Tekst milczy. A milczenie o sakramentach w obliczu śmierci jest najcięższym oskarżeniem, jakie można wysunąć przeciwko przekazowi medialnemu.
Poziom symptomatyczny: duchowa pustka jako owoc apostazji posoborowej
Felieton Bartosza Sadulskiego jest dokumentem epoki — epoki, w której wierni, nawet ci, którzy utrzymują jakieś relikty wiary (jak matka autora, paląca „jednego papieroska wieczorem”), nie mają dostępu do pełni prawdy katolickiej. Autor pisze: „Z jej wiarą było chyba trochę jak z paleniem: ćmiła tylko jednego papieroska wieczorem, stojąc pod wiatą i delektując się tą chwilą odprężenia przed snem”. To zdanie jest kluczowe — bo ujawnia, że wiara została zredukowana do rytualnego gestu, pozbawionego treści doktrynalnej, sakramentalnej i społecznej. Wiara jest prywatna, subiektywna, niemal fizjologiczna — jak papieros, który się pali wieczorem. To nie jest wiara katolicką, która jest publiczna, obiektywna i sakramentalna.
Problem nie leży w samym autorze, który pisze w dobrej wierze o swoim bólu. Problem leży w systemie, który nie potrafi dostarczyć mu narzędzi do przetwarzania tego bólu w kategoriach nadprzyrodzonych. „Tygodnik Powszechny” — periodyk, który przez dziesięciolecia był głosem liberalnego katolicyzmu — publikuje tekst o śmierci i żałobie, w którym nie ma ani słowa o Chrystusie Zbawicielu, o sakramentach, o modlitwie za zmarłych, o nadziei zmartwychwstania. To jest systemowe działanie sekty posoborowej, która zredukowała katolikizm do moralnego humanitaryzmu i psychologicznego wsparcia.
Pius XI w encyklice Quas Primas ostrzegał: „Gdy Boga i Jezusa Chrystusa usunięto z praw i z państw i gdy już nie od Boga, lecz od ludzi wywodzono początek władzy, stało się iż zburzone zostały fundamenty pod tąż władzą, gdyż usunięto główną przyczynę, dlaczego jedni mają prawo rozkazywać, drudzy zaś mają obowiązek słuchać”. Te same słowa można odnieść do sfery duchowej: gdy Chrystus został usunięty z nauczania o śmierci, gdy sakramenty przestały być centrum życia wiernych, gdy kapłan stał się marginalną postacią o komicznej fizjonomii — wtedy żałoba stała się „kredytem hipotecznym”, a śmierć — biologicznym faktem bez wymiaru eschatologicznego.
Małe ręczniki i wielka pustka
Sadulski kończy swój felieton obrazem pustego domu i „małego ręcznika” — symbolu codziennych, drobnych rzeczy, które matki wiedzą, gdzie leżą. To poruszający obraz, ale jednocześnie tragiczny — bo ujawnia, że jedyną rzeczą, jaką syn odziedziczył po matce, jest wiedza o małych ręcznikach. Nie odziedziczył wiary, nie odziedziczył nadziei, nie odziedziczył umiejętności modlitwy za nią. Odziedziczył tylko pustkę, którą próbuje wypełniać zmywaniem, eskapizmem i literackimi metaforami.
Prawdziwy Kościół katolicki — ten, który trwa w wiernych wyznających wiarę integralnie, w biskupach z ważnymi sakramentalnymi i kapłanach ważnie wyświęconych — naucza, że śmierć nie jest końcem, lecz początkiem. Że cierpienie umierającego, zjednoczone z Męką Pańską, ma wartość odkupieńczą. Że modlitwa za zmarłych, zwłaszcza ofiara Mszy Świętej, może ulżyć duszom w czyśćcu. Że sakrament ostatniego namaszczenia nie jest formalnością, lecz źródłem łaski, która odpuszcza grzechy i umacnia duszę w ostatniej walce. Że Chrystus nie jest abstrakcją, lecz żywym Królem, który ma moc zmartwywstawić ciało i duszę.
Tego wszystkiego felieton Bartosza Sadulskiego nie zawiera — nie z winy autora, lecz z winy systemu, który go ukształtował. „Tygodnik Powszechny” nie jest w stanie przekazać tej prawdy, bo sam jej nie zna. A czytelnik, szukający pocieszenia w żałobie, znajdzie w nim tylko literackie opowieści o basenach, papierosach i małych ręcznikach — piękne w swojej ludzkiej nagości, ale pozbawione jedynego, co naprawdę leczy: Chrystusa i Jego Krzyża.
Za artykułem:
Małe ręczniki. Czego nauczyła mnie choroba i śmierć matki (tygodnikpowszechny.pl)
Data artykułu: 19.05.2026








