Portal „Tygodnik Powszechny” relacjonuje wystawę monograficzną Marii Jaremy w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, ukazując ją jako artystkę „pod prąd historii i nakazom” – twórczynię, która wbrew socrealizmowi wybrała artystyczną autonomię i abstrakcję. Artykuł Piotra Kosiewskiego podkreśla jej zaangażowanie lewicowe, współpracę z podziemną komunistyczną grupą „R”, członkostwo w PPR/PZPR, a jednocześnie jej krytycyzm wobec systemu. Wystawa eksponuje dialog Jaremy z klasykami awangardy – Picassem, Matisse’em, Hartungiem – oraz współczesną artystką Julie Mehretu, która również posługuje się abstrakcją do mówienia o wojnach i konfliktach. Tekst ukazuje Jaremy jako postawę artystycznego buntu wobec konwenansów, ale milczy o duchowym wymiarze cierpienia i sprawiedliwości, sprowadzając całość do estetyki i politycznego ekspresjonizmu.
Estetyka buntu bez metafizyki
Artykuł „Tygodnika Powszechnego” przedstawia Marię Jaremy jako artystkę, która „nie odwracała się od rzeczywistości”, a nawet „konfrontowała się z nią brutalnie”. Tymczasem rzeczywistość, jaką autorzy eksponują, jest rzeczywistością czysto historyczno-polityczną: okupacja niemiecka, śmierć bliskich, aresztowania w Kawiarni Plastyków, pacyfikacja Woli Justowskiej, komunistyczne członkostwo, socrealizm. Jest to rzeczywistość ziemska, doczesna, pozbawiona wymiaru eschatologicznego. Nie ma w tym opisie ani słowa o tym, że cierpienie ma sens odkupieńczy, że śmierć bliskich w obozach i gettach wymaga nie tylko pamięci estetycznej, ale przede wszystkim modlitwy za zmarłych i zjednoczenia ich losu z Ofiarą Chrystusa na Krzyżu. Brak tego wymiaru sprawia, że cała narracja o „pęknięciu” artystycznym staje się pęknięciem w próżni – dramą bez nadziei, buntem bez celu, cierpieniem bez odkupienia.
Pisząc o straceniu członków Grupy Krakowskiej – Osostowicza, Schwanenfelda, Sterna, Wicińskiego – autor nie podejmuje się pytania o ich los duchowy, o stan ich dusz, o konieczność modlitwy za nich. To milczenie nie jest neutralne; jest ono wyrazem naturalizmu, który zredukował katolicyzm do etyki społecznej i pamięci historycznej, odrzucając całą teologię zbawienia. „Co za tym, że ktoś zyskał cały świat, a na swej duszy poniósł stratę?” (Mt 16, 26 Wlg) – to pytanie, które nie ma miejsca w narracji „Tygodnika Powszechnego”.
Lewacka zaangażowana sztuka jako substytut wiary
Artykuł z dumą podkreśla lewicowe zaangażowanie Jaremy: współpracę z podziemną komunistyczną grupą „R”, członkostwo w PPR i PZPR, projekt pomnika robotników zabitych podczas strajku w 1936 roku. To zaangażowanie jest przedstawiane jako postawa moralna, jako „odpowiedzialność” i „wolność od konwenansów”. Jednakże z perspektywy katolickiej nauki społecznej, komunizm jest systemem bezbożnym i antychrześcijańskim, potępionym przez Piusa XI w encyklice Divini Redemptoris jako „intrinsicse malum” – zło samo w sobie. Członkostwo w PPR/PZPR nie jest neutralnym aktem obywatelskim; jest to kolaboracja z ideologią, która w praktyce prześladowała Kościół, niszczyła klasztory, więziła biskupów i księży, a w Polsce powojennej narzucała ateizm państwowy.
Artykuł nie kwestionuje tej kolaboracji. Przeciwnie – przedstawia ją jako naturalny element „lewicowego aktywizmu”, który jest po prostu tłem dla artystycznych poszukiwań. To jest symptomatyczne: „Tygodnik Powszechny”, który powinien być głosem katolickiej kultury, traktuje komunistyczne zaangażowanie jako coś akceptowalnego, a nawet godnego podziwu. Milczy o tym, że prawdziwa solidarność z cierpiącym robotnikiem nie polega na uczestnictwie w ruchu komunistycznym, ale na głoszeniu Ewangelii, na budowaniu sprawiedliwości społecznej na fundamencie prawa naturalnego i nauki społecznej Kościoła, na ofierowaniu Mszy Świętej za dusze zabitych.
Pius XI w encyklice Quas Primas (1925) nauczał, że „nie masz w żadnym innym zbawienia. Albowiem nie jest pod niebem inne imię dane ludziom, w którym byśmy mieli być zbawieni” (Dz 4, 12). Prawdziwa sprawiedliwość społeczna nie bierze się z manifestacji ulicznych ani z partyjnych struktur, ale z uznania królewskiej władzy Chrystusa nad społeczeństwem. Pomnik robotników zabitych przez policję w 1936 roku mógłby być aktem pamięci, ale bez wymiaru duchowego – bez modlitwy, bez Mszy Świętej, bez powierzenia ich duchu Bożemu Miłosierdziu – pozostaje jedynie pomnikiem świeckiej ideologii.
Abstrakcja jako ucieczka od Prawdy
Centralnym tematem artykułu jest pytanie o to, „w jaki sposób mówić o wojnie i konfliktach w sztuce – także abstrakcyjnej”. Jarema, zdaniem autora, odpowiedziała na to pietystwo, wybierając abstrakcję zamiast realizmu: „Patos wielkiego dramatu historycznego (…) stał się nie do zniesienia w malarstwie realistycznym. Czy można to jakoś wyrazić? Trzeba próbować” – pisała w 1947 roku. To pytanie jest w istocie pytaniem o granice sztuki, ale autor nie podejmuje się pytania o granice abstrakcji samej w sobie.
Z perspektywy katolickiej estetyki, sztuka powinna prowadzić do Boga – albo przez ukazanie Jego piękna w stworzeniu, albo przez zobrazowanie prawd moralnych i duchowych. Abstrakcja, która celowo odrzuca jakikolwiek odniesienie do rzeczywistości widzialnej, staje się sztuką samozamkniętą, sztuką dla sztuki, a nie sztuką dla prawdy. Gdy abstrakcja ma „opowiadać o wojnie”, staje się paradoksem: próbuje wyrazić to, co niewyrażalne, bez odwołania do Tego, który jest Źródłem prawdziwego pokoju. Pius XI w Quas Primas przypominał, że „Królestwo Odkupiciela naszego obejmuje wszystkich ludzi” i że „Chrystus króluje w umysłach ludzi”, bo „On sam jest Prawdą”. Sztuka, która rezygnuje z prawdy, rezygnuje z Chrystusa – nawet jeśli nieświadomie.
Zestawienie Jaremy z Julie Mehretu, artystką która „mówi o wojnie domowej w Syrii, pandemii, napaści Rosji na Ukrainę czy protestach spod znaku Black Lives Matter”, jest jeszcze bardziej symptomatyczne. Te tematy są przedstawione jako samoistnie ważne, bez jakiejkolwiek oceny moralnej. Wojna domowa w Syrii, pandemia, napaść na Ukraina – to wszystko są skutki grzechu, skutki odrzucenia Bożych praw, skutki apostazji narodów. Ale artykuł nie podnosi tego poziomu. Zostaje na poziomie estetycznego komentarza: „sztuka mówi o współczesności”. A prawdziwa sztuka katolicka powinna mówić o współczesności w świetle wieczności – ukazując nie tylko cierpienie, ale i jego przyczyny (grzech, apostazję, odrzucenie Chrystusa Króla), a także remedium (pokutę, nawrócenie, Ofiarę Mszy Świętej).
Milczenie o duchowym centrum
Artykuł jest w przeważającej mierze tekstem o sztuce i historii, nie zaś o wierze. Jest to zrozumiałe – „Tygodnik Powszechny” nie jest periodykiem teologicznym. Jednakże katolicki portal, relacjonując życie artystki, która była świadkinią okupacji, straciła bliskich, współpracowała z komunistami, a potem wybierała artystyczną autonomię, powinien przynajmniej zasygnalizować, że za wszystkimi tymi „pęknięciami” kryje się głębsze pytanie – pytanie o sens cierpienia, o istnienie Boga, o możliwość odkupienia.
Tymczasem artykuł milczy. Milczy o tym, że prawdziwa wolność artysty nie polega na byciu „wolnym od wszystkich przesądów i konwenansów” (co jest iluzją, bo człowiek zawsze jest częścią jakiejś wspólnoty i tradycji), ale na byciu wolnym dla Prawdy – dla Chrystusa, który jest „Droda, Prawda i Żywot” (J 14, 6 Wlg). Milczy o tym, że prawdziwa odpowiedzialność artysty nie polega na „byciu obecnym w świecie”, ale na byciu posłusznym Bogu i Jego Kościołowi.
To milczenie jest najcięższym oskarżeniem, jakie można wysunąć wobec „Tygodnika Powszechnego”. Portal, który powinien być głosem katolickiej kultury, jest w istocie głosem kultury świeckiej, estetycznej, humanitarnej – kultury, która pamięta o cierpieniu, ale zapomina o jego Odkupicie. Kultury, która szanuje „autonomię sztuki”, ale nie szanuje autonomii duszy wobec Boga. Kultury, która mówi o „pęknięciach”, ale nie mówi o jedynym Pęknięciu, które ma moc uzdrowienia – o przebitym Sercu Jezusa Chrystusa.
Konkluzja: sztuka bez Króla
Wystawa Marii Jaremy w MSN Warszawa jest wydarzeniem kulturalnym, które zasługuje na uwagę – nie ze względu na duchowe przesłanie (którego po prostu nie ma), ale ze względu na historyczną i artystyczną wartość twórczości. Jednakże artykuł „Tygodnika Powszechnego” nie jest recenzją wystawy – jest manifestem światopoglądu, w którym sztuka zastępuje religię, estetyka zastępuje teologię, a „bycie obecnym w świecie” zastępuje bycie obecnym przed Bogiem.
Pius IX w encyklice Quanto Conficiamur Moerore (1863) ostrzegał przed „śmiertelną chorobą niewiary i obojętności”, która „szeroko się rozprzestrzenia i jest promowana przez bezbożne i nieczyste pisma, widowiska teatralne i domy publiczne”. Dziś, w XXI wieku, tą samą rolę pełnią wystawy muzealne i portale kulturalne, które mówią o cierpieniu bez nadziei, o buncie bez celu, o sztuce bez Boga. Maria Jarema była artystką o wybitnym talencie, ale jej twórczość, przedstawiona w kategoriach czysto estetycznych i politycznych, staje się kolejnym dowodem na duchowe bankructwo epoki, w której Kościół – prawdziwy Kościół, nie struktury okupujące Watykan – jest milczący, a sztuka zastępuje świątynię.
Prawdziwy pokój, prawdziwa sprawiedliwość społeczna, prawdziwe uzdrowienie ran wojennych – to wszystko znajduje się tylko w Królestwie Chrystusa, w Jego Kościele, w Jego sakramentach. I to tylko tam sztuka znajdzie swój pełny sens – nie jako substytut wiary, ale jako jej służebna.
Za artykułem:
Maria Jarema pod prąd historii i nakazom. Wystawa artystki w MSN (tygodnikpowszechny.pl)
Data artykułu: 19.05.2026








