Powrót filmu „Mikey i Nicky” – modelowe studium toksycznej męskości

Podziel się tym:

Portal „Tygodnik Powszechny” relacjonuje powrót do polskich kin filmu Elaine May „Mikey i Nicky” (1976), prezentując go jako „modelowe studium toksycznej, autodestrukcyjnej męskości” i chwaląc za unikanie „romantyzowania gangsterki”. Recenzentka Anita Piotrowska podkreśla artystyczną odwagę reżyserki, która „wyprzedzała swój czas”, zachwyca się Quentin Tarantino tym dziełem, a sam film ukazuje „drapieżny i odpychający” świat bez „efektownie ukazanej przemocy”. Artykuł służy jako typowa recenzja kinowa z krótkim omówieniem fabuły i walorów estetycznych dzieła.


Przejęzyczenie się w ciemności – o czym naprawdę jest ten film

Recenzentka pisze z dumą o filmie, którego bohaterowie to przestępcy wrodzeni, ludzie „półświatka”, którzy „na każdym kroku zdają się szukać guza”, „wnoszą ze sobą napięcie i dyskomfort”, a ich świat jest „drapieżny i odpychający, klaustrofobiczny i nieprzejrzysty”. Anita Piotrowska nazywa to „doskonale odmierzoną sinusoidą wątpliwości czy podejrzeń” i „falą intensywnie moralnych dwuznaczności i dylematów”. Słownictwo to nie jest przypadkowe – jest to język, który celowo zaciera granicę między dobrem a złem, między grzechem a ludzką słabością, między zatraceniem a „autentycznością egzystencjalną”.

Pytanie, które powinno się narazie nasuwać, pozostaje nieobecne: czy katolik powinien w ogóle zanurzać swój umysł w takim świecie? Św. Paweł Apostoł wyraźnie poucza: „Co jest prawdziwe, co jest poważne, co jest sprawiedliwe, co jest czyste, co jest miłe, co jest chwalebne, jeśli jest jakaś cnota i jeśli jest jakieś pochwalne – nad tym rozważajcie” (Flp 4,8). Film, którego bohaterowie to gangsterzy, oszuści i samobójcy duchowi, których jedynym „pożytkiem” jest klaustrofobiczny koszmar wzajemnych zdrad – nie spełnia ani jednego z tych kryteriów.

„Wyprzedzała swój czas” – katolicka heretyczna poczucie wyjątkowości

Recenzentka chwali Elaine May, że „pod tym względem wyprzedzała swój czas, a z pewnością swoich kolegów w bejsbolówkach”, nazywając film „modelowym studium toksycznej, autodestrukcyjnej męskości”. To sformułowanie jest symptomatyczne. W mentalności posoborowej „wyprzedzanie swoich czasów” stało się rodzajem komplementu, który zastępuje ocenę moralną. Fakt, że kobieta w Hollywood zabrała się za „męskie” tematy, jest prezentowany jako osiągnięcie – jakby samo przełamanie tabu było wartością samą w sobie, niezależnie od tego, co właściwie zostało przedstawione i w jaki sposób.

Pius XI w encyklice Quas Primas (1925) przypomina, że Chrystus Pan króluje nie tylko w umysłach, ale i w sercach, i w ciałach, które stają się „zbroją sprawiedliwości Bogu” (Rz 6,13). Nie ma mowy o „autodestrukcyjnej męskości” jako przedmiocie „modelowego studium” – jest mowa o powinności panowania Chrystusa nad całym człowiekiem, w tym nad męskością, która bez Niego zdaje się do zatracenia. Film, który zamiast wskazywać drogę do odkupienia, zatrzymuje się na konstatacji rozpaczy, jest jak świeca bez ognia – ma kształt, ale nie daje światła.

Brak Chrystusa w całym krajobrazie

Przejdźmy do sedna. Artykuł nie zawiera ani jednego słowa o Bogu, o łasce, o sakramencie pokuty, o możliwości nawrócenia, o ofierze Mszy Świętej jako źródle prawdziwego ukojenia. Bohaterowie filmu – Nicky i Mikey – są skazani na swoje „zatracenie” jako coś nieuniknionego. Recenzentka pisze o „przykrytej błazenadzie egzystencjalnej rozpaczy wobec tego, co wydaje się nieuniknione i coraz bliższe”. To jest czysty naturalizm – świat bez łaski, bez nadziei nadprzyrodzonej, bez Zbawiciela.

Św. Pius X w dekrecie Lamentabili sane exitu (1907) potępił jako błąd twierdzenie, że „współczesnego katolicyzmu nie da się pogodzić z prawdziwą wiedzą bez przekształcenia go w pewien chrystianizm bezdogmatyczny” (propozycja 65). Artykuł w „Tygodniku Powszechnym” jest właśnie takim „chrystianizmem bezdogmatycznym” – mówi o „moralnych dylematach” i „egzystencjalnej rozpaczy”, ale nie ma w nim ani śladu wiary katolickiej. To nie jest katolicka krytyka kultury – to jest sekularna recenzja filmu opublikowana w periodyku, które udaje katolickie.

„Tygodnik Powszechny” jako przekaźnik apostazji

Należy powiedzieć wprost: „Tygodnik Powszechny” jest jednym z najbardziej znanych periodyków powstałych w łonie sekty posoborowej w Polsce. Jego historia, od czasów współpracy z komunistycznym reżimem, przez akceptację soboru watykańskiego II, po dziś dzień, jest historią systematycznego odwracania się od niezmiennego Magisterium Kościoła katolickiego. Artykuł o filmie „Mikey i Nicky” jest tego kolejnym dowodem.

Recenzentka nie tylko nie krytykuje filmu z perspektywy wiary – ona go promuje, chwaląc za „artystyczną wolność”, za „wyprzedzanie czasu”, za „modelowe studium”. To jest duchowe bankructwo: katolicki (sic!) periodyk służy jako narzędzie promocji sztuki, która nie tylko nie prowadzi do Boga, ale aktywnie zanurza widza w świecie grzechu i rozpaczy. Pius IX w encyklice Quanto Conficiamur Moerore (1863) ostrzega przed „śmiertelną zarazą” „bezbożnego laicyzmu”, który „zatruwa społeczeństwo ludzkie”. Artykuł ten jest owocem tej zarazy.

Quentin Tarantino jako autorytet estetyczny

Symptomatyczne jest, że recenzentka powołuje się na zachwyt Quentina Tarantino nad filmem Elaine May. Tarantino, reżyser znany z ekstremalnej przemocy, sadyzmu i bluźnierstwa w swoich filmach, jest tu prezentowany jako autorytet estetyczny. To pokazuje, jak daleko poszła degradacja gustu i sądu krytycznego w periodykach posoborowych. Kiedy katolicki portal (sic!) z dumą przytacza opinię reżysera, którego filmy są pełne sadystycznej przemocy i moralnego zepsucia, trzeba zadać pytanie: czy to jest katolicka kultura, czy kultura świata, który Chrystus nazwał „królestwem szatana”?

Pius XI w Quas Primas ostrzega: „Gdy Boga i Jezusa Chrystusa usunięto z praw i z państw i gdy już nie od Boga, lecz od ludzi wywodzono początek władzy, stało się iż zburzone zostały fundamenty pod tąż władzą”. To samo dotyczy kultury: gdy Chrystus jest usunięty z kultury, zostaje tylko „drapieżny i odpychający” świat, który recenzentka z „Tygodnika Powszechnego” opisuje z takim zachwytem.

Co powinien zrobić katolik?

Katolik, który napotyka taki artykuł, powinien wyciągnąć jasne wnioski. Po pierwsze: „Tygodnik Powszechny” nie jest katolickim periodykiem – jest periodykiem sekty posoborowej, która od dawna odrzuciła niezmienną wiarę. Po drugie: film „Mikey i Nicky”, niezależnie od swoich walorów estetycznych, nie jest dziełem, które powinien oglądać katolik – jego bohaterowie to przestępcy bez nadziei, a świat przedstawiony w nim jest światem bez Boga. Po trzecie: recenzja ta jest kolejnym dowodem, że struktury posoborowe nie tylko nie bronią wiary, ale aktywnie promują kulturę, która jest sprzeczna z wiarą.

Prawdziwy Kościół katolicki, który trwa w wiernych wyznających wiarę integralnie, naucza, że sztuka powinna służyć prawdzie i pięknu, a nie rozpaczy i zatraceniu. Jak pisze św. Tomasz z Akwinu, sztuka powinna prowadzić do kontemplacji Boga i Jego prawd. Film, który zatrzymuje się na „toksycznej męskości” bez wskazania drogi do uzdrowienia, jest jak chory ząb – może być „artystyczny”, ale trzeba go wyrwać, zanim zarazi resztę ciała.

Apostazja jako styl życia

Artykuł kończy się informacją, że Elaine May, „w wieku dziewięćdziesięciu czterech lat, szykuje się do filmowego powrotu”. Recenzentka pisze to z uśmiechem – jakby wiek i nieustanne trwanie w świecie kina były powodem do podziwu. Dla katolika powinno być odwrotnie: wiek to czas na przygotowanie się do śmierci, do sądu ostatecznego, do spotkania z Bogiem. Zamiast tego, periodyk katolicki (sic!) mówi o „filmowym powrocie” jako o czymś pozytywnym.

To jest apostazja jako styl życia – nie głośne wyrzeczenie się wiary, ale ciche, systematyczne wypełnianie przestrzeni medialnej treściami, które nie mają nic wspólnego z wiarą katolicką. Pius X w encyklice Pascendi Dominici gregis (1907) ostrzegał przed modernistami, którzy „najgroźniejsi są wówczas, gdy w grze duchowej występują jako Kościół katolicki”. „Tygodnik Powszechny” jest takim modernistą – udaje katolicki periodyk, ale jego treść jest czysto świecka, a nawet antykatolicka.

Podsumowanie: droga do zatracenia

Artykuł nosi tytuł „Droga do zatracenia” – i w tym ironia, bo reczenTka nie zdaje sobie sprawy, że opisuje właśnie swoją własną drogę i drogę periodyku, w którym publikuje. Film „Mikey i Nicky” jest drogą do zatracenia dla swoich bohaterów. Artykuł o tym filmie jest drogą do zatracenia dla czytelnika, który szuka w nim katolickiej perspektywy i nie znajduje jej. A „Tygodnik Powszechny” jest drogą do zatracenia dla wszystkich, którzy wciąż uważają go za katolicki periodyk.

Prawdziwy katolik musi zostać wyprowadzony z tego błędu. Nie ma prawdziwej kultury, prawdziwej sztuki, prawdziwego pokoju poza Chrystusem i Jego Kościołem. Tym Kościołem nie są struktury posoborowe, które odrzuciły niezmienną wiarę i stały się synagogą szatana. Prawdziwy Kościół katolicki trwa tam, gdzie sprawowana jest ważna Msza Święta, gdzie udzielane są ważne sakramenty, gdzie naucza się niezmienniej doktryny, a Chrystus Król panuje niepodzielnie. To tam, a nie w kinie studyjnym ani w periodyku posoborowym, dusza znajduje prawdziwe ukojenie.


Za artykułem:
Powrót filmu „Mikey i Nicky”. Modelowe studium toksycznej męskości
  (tygodnikpowszechny.pl)
Data artykułu: 26.05.2026

Więcej polemik ze źródłem: tygodnikpowszechny.pl
Podziel się tą wiadomością z innymi.
Pin Share

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Przewijanie do góry
Ethos Catholicus
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.