Felieton Olgi Drendy opublikowany w „Tygodniku Powszechnym” (9 czerwca 2026) pod tytułem „Czy wiecie, jak to jest pracować bez sensu?” stanowi pozornie niewinny komentarz do zjawiska tzw. „bullshit jobs” opisanego przez Davida Graebera, jednak pozostawiony w próżni duchowej, bez odniesienia do celu nadprzyrodzonego człowieka, staje się jedynie kolejnym objawem duchowej pustki, w jakiej tonie społeczeństwo odtrąte od Chrystusa Króla i Jego Kościoła. Artykuł ten, choć zawiera obserwacje socjologiczne w pewnym stopniu trafne, jest w istocie symptomem głębszej tragedii – redukcji człowieka do jednostki produkcyjnej w systemie, który odrzucił Boga i zastąpił prawdę o człowiece ideologią użyteczności.
Poziom faktograficzny: diagnoza trafna, lecz pozbawiona fundamentu
Olga Drenda powołuje się na badania, wedle których aż jedna trzecia Polaków uważa, że ich praca jest niepotrzebna. Cytuje Stefana Czarnowskiego i jego książkę „Ludzie zbędni w służbie przemocy”, Tomasza Rakowskiego piszącego o zdegradowanych pracownikach zamkniętych zakładów przemysłowych, a także Davida Graebera i jego koncepcję „pracy bez sensu”. Felietonistka dochodzi do wniosku, że „nie da się wytyczyć granic pracy potrzebnej” i że większość zawodów to jedynie „pragnienia” – rzeczy dobre, ale nie niezbędne. Wreszcie wskazuje na groźbę automatyzacji i powstanie „permanent underclass”, czyli klasy zdegradowanej na dobre.
Te obserwacje socjologiczne nie są pozbawione wartości faktograficznej. Rzeczywiście, współczesny świat pracy jest w dużej mierze zdegenerowany, a miliony ludzi wyczuwają bezsens swojego codziennego wysiłku. Jednakże Drenda popełnia fundamentalny błąd metodologiczny: próbuje diagnozować chorobę bez poznania natury zdrowia. Mówi o „potrzebach” i „pragnieniach”, o „jakości życia” i „prestiżu”, ale nie istnieje w jej tekście ani jedno słowo o celu nadprzyrodonym człowieka, o tym, że człowiek został stworzony po to, aby „chwalił Boga, czcił Go i służył Mu, a przez to osiągnął zbawienie” (Katechizm św. Piusa V, cz. I, rozdz. I). Bez tego fundamentu każda mowa o „sensie pracy” jest mówieniem w próżni – dokładnie tak, jak opisuje to sama Drenda, mówiąc o pracownikach, którzy czują się zbędni.
Drenda przytacza wiersz Juliana Tuwima „Wszyscy dla wszystkich” jako pewien ideał wzajemnej zależności, by natychmiast go zdekonstruować, stwierdzając, że współczesny świat „nie jest przecież małą wioską”. To jest moment kluczowy: autor odrzuca katolicką wizję społeczeństwa organicznego i zastępuje ją wizją globalnego mechanizmu, w którym jednostka jest jedynie zębatką. W takim świecie poczucie zbędności jest nieuniknione, bo mechanizm nie ma duszy.
Poziom językowy: słownik antropologii bez Boga
Analiza językowa felietonu Drendy ujawnia całkowite zanurzenie w paradygmacie naturalistycznym. Operuje ona kategoriami wyłącznie świeckimi: „potrzeby”, „pragnienia”, „jakość życia”, „zarobek”, „prestiż”, „automatyzacja”, „dochód pasywny”, „hazard”. Słownik ten jest słownikiem czysto materialnej antropologii – człowiek jest traktowany jako istota produkcyjna i konsumencka, a nie jako istota stworzona na obraz i podobieństwo Boże, obdarzona duszą nieśmiertelną i powołana do życia wiecznego.
Charakterystyczne jest to, że Drenda używa słowa „balast” w odniesieniu do ludzi – termin pochodzący z żeglugi i logistyki, stosowany do towarów i ładunków. Redukcja człowieka do kategorii gospodarczej jest konsekwencją odrzucenia katolickiej antropologii. Gdy nie ma Boga, człowiek staje się zasobem – albo użytecznym, albo zbędnym. To właśnie opisuje Drenda, nie zdając sobie sprawy, że opisuje świat skazany na pustkę przez odrzucenie Chrystusa Króla.
W tekście pojawiają się również terminy takie jak „ewakuacja awaryjna” czy „wyjścia awaryjne” w kontekście poszukiwania dochodu pasywnego – język katastroficzny, język ludzi, którzy nie mają żadnego oparcia w wiecznej prawdzie. To język paniki, nie wiary. Drenda pisze o „punktowych wybuchach agresji” i przytacza aforyzm Stanisława Jerzego Leca o „przedostatnim Mohikaninie” – obraz społeczeństwa, w którym ludzie niszczą się nawzajem, byle tylko nie być ostatni. To jest dosłowna realizacja słów św. Pawła: „Jeśli nie ma zmartwychwstania, to jedzmy i pijmy, bo jutro umrzemy” (1 Kor 15,32 Wlg) – z tą różnicą, że w świecie opisywanym przez Drendę nawet jedzenie i picie nie mają sensu.
Poziom teologiczny: milczenie o najważniejszym jako forma apostazji
Najcięższym zarzutem wobec felietonu Olgi Drendy jest nie to, co mówi, ale to, co radykalnie przemilcza. W tekście poświęconym sensowi (albo jego brakowi) pracy ludzkiej nie ma ani jednego słowa o Bogu, o Chrystusie, o Kościele, o łasce, o cnotach, o życiu wiecznym, o Ofierze Mszy Świętej, o sakramentach, o modlitwie, o pokucie, o miłosierdziu Bożym rozumianym teologicznie. To milczenie nie jest przypadkowe – jest systemowe. Jest milczeniem charakterystycznym dla całej „duchowości” sekty posoborowej i jej przekazu medialnego.
Św. Pius X w encyklice Pascendi Dominici gregis (1907) demaskował modernistów, którzy redukowali religię do „uczucia religijnego” i subiektywnego przeżycia. Felieton Drendy idzie dalej – redukuje on całe życie człowieka do wymiaru ekonomiczno-społecznego, pozbawiając go wymiaru wertykalnego. Człowiek opisany w tym tekście nie ma duszy, nie ma powołania, nie ma grzechu, nie ma zbawienia – ma jedynie „poczucie zbędności” i „zarobek”. To jest antropologia pozbawiona wszystkiego, co czyni człowiekiem człowiekiem.
Pius XI w encyklice Quas Primas (1925) nauczał, że „nie masz w żadnym innym zbawienia. Albowiem nie jest pod niebem inne imię dane ludziom, w którym byśmy mieli być zbawieni” (Dz 4,12 Wlg). Panowanie Chrystusa Króla obejmuje wszystkie aspekty życia ludzkiego – w tym pracę. Praca katolicka rozumiana jest jako współpraca z Bożą Opatrznością, jako sposób uświęcenia siebie i bliźnich, jako udział w twórczym dziele Boga. Św. Paweł napisał: „A cokolwiek czynicie, z serca czyńcie, jako Panu, a nie ludziom” (Kol 3,23 Wlg). Bez tego kontekstu każda mowa o „sensie pracy” jest mówieniem o cieniu bez substancji.
Drenda pisze, że „lepiej jest wierzyć, że [praca] nie jest całkiem bez sensu”. To zdanie, pozbawione fundamentu teologicznego, jest wyrazem nagiego optymizmu – wiary w wiarę, nadziei w nadzieję. Ale wiara bez Chrystusa jest ziarniem rzuconym na skałę (por. Łk 8,5-15). Prawdziwy sens pracy nie wynika z subiektywnego przekonania o jej użyteczności, lecz z obiektywnej relacji człowieka do Boga – Stwórcy, Odkupiciela i Celu ostatecznego.
Poziom symptomatyczny: felieton jako produkt systemu
Felieton Olgi Drendy nie jest przypadkowym tekstem – jest produktem systemu. „Tygodnik Powszechny” jest periodykiem zakorzenionym w tradycji katolickiej, ale od dziesięcioleci funkcjonującym w ramach narracji posoborowej. Redakcja tego pisma, podobnie jak cała sekta posoborowa, od lat przemilcza fundamentalne prawdy wiary, zastępując je świeckim humanitaryzmem i socjologiczną analizą. Felieton o „pracy bez sensu” jest idealnym przykładem tego mechanizmu: zamiast nauczać o sensie pracy w świetle wiary, oferuje czytelnikowi lukrowaną wersję egzystencjalizmu.
Drenda pisze o „setkach zawodów” i „usługach”, które „dają radość lub ulgę”, ale nie są „niezbędne”. Wymienia „branżę urody, ciastkarstwo albo projektowanie gadżetów” jako przykłady rzeczy „dobrych i pożytecznych, ale nie niezbędnych”. To klasyczny przykład mylenia dóbr doczesnych z dobrami nadprzyrodzonymi. Kościół nigdy nie uczył, że jedynie „podstawowe branże” mają sens – uczył natomiast, że każda uczciwa praca, jeśli jest wykonywana w stanie łaski i z intencją służenia Bogu, ma wartość zbawczą. Św. Józef, cieśla z Nazaretu, wykonywał „nieniezbędną” pracę rzemieślnika – a jednak jego trud był uświęcony i miał wartość nadprzyrodzoną.
W tekście Drendy pojawia się również groteskowa wizja przyszłości, w której w „rubryce zawód marzeń” pojawiają się „haker” i „starszy specjalista ds. złomowania robotów”. To obraz świata, w którym człowiek jest jedynie obsługą maszyn – albo ich twórcą, albo ich złomowaczem. To jest wizja świata bez Chrystusa Króla – świata, w którym technologia zastępuje Boga, a człowiek staje się niewolnikiem własnych wynalazków. Pius XI ostrzegał przed tym zjawiskiem w Quas Primas, pisząc o „zeświecczeniu czasów obecnych” i „zarazie, która zatruwa społeczeństwo ludzkie”.
Praca w świetle Tradycji – wskazówka zamiast odpowiedzi
Katolicka nauka o pracy jest bogata i głęboka. Od encykliki Rerum Novarum Leona XIII (1891) przez Quadragesimo Anno Piusa XI (1931) po nauczanie Soboru Trydenckiego – Kościół zawsze nauczał, że praca jest powinnością i prawem człowieka, że ma wymiar osobisty i społeczny, że powinna być wykonywana w godziwych warunkach i godziwie wynagradzana. Praca jest też środkiem uświęcenia – sposobem, w jaki człowiek współpracuje z Bogiem w dziele odkupienia.
Św. Tomasz z Akwinu nauczał, że człowiek potrzebuje pracy nie tylko dla utrzymania życia doczesnego, ale również dla uświęcenia duszy. Praca wykonywana w stanie łaski uświęca samego pracownika i przynosi pożytek bliźnim. Nie ma „zbędnej” pracy, jeśli jest ona wykonywana z miłością do Boga i bliźniego. Problem, który opisuje Drenda, nie polega na tym, że „zbyt wiele zawodów jest niepotrzebnych”, lecz na tym, że społeczeństwo odtrąciło Boga i przez to utraciło zdolność dostrzegania sensu w czynnościach, które bez Boga faktycznie stają się bezcelowe.
Prawdziwy Kościół katolicki – ten, który trwa w niezmiennej Tradycji, nie ten okupujący Watykan – zawsze potrafił wskazać sens nawet najprostszej, najbardziej „zbędnej” pracy. Bo w świetle wiary nawet zamiatanie podwórka może być aktem miłości do Boga. A bez wiary – nawet najbardziej prestiżowa kariera staje się „robotą” w rozumieniu Kotarbińskiego.
Zamiast epilogu: pytanie, którego felieton nie zadaje
Olga Drenda kończy swój felieton wizją podziału społeczeństwa według linii „ma – nie ma” i stwierdza, że skutki takiego podziału będą „niewesoły”. Nie pyta jednak najważniejszego pytania: dlaczego ludzie czują się zbędni? Odpowiedź nie leży w automatyzacji ani w „megalomańskich firmach”. Odpowiedź leży w tym, że społeczeństwo zostało odcięte od Źródła Sensu – od Boga. Gdy człowiek traci Boga, traci sens. Gdy traci sens, staje się „zbędny”. To jest prawda, której „Tygodnik Powszechny” – jak cała sekta posoborowa – nie jest w stanie powiedzieć, bo wymagałaby uznania, że jedynym źródłem prawdziwego sensu życia jest Chrystus Król i Jego Kościół, a nie świeckie humanitarne rozważania o „jakości życia”.
Czytelnik szukający odpowiedzi na pytanie o sens pracy nie znajdzie jej w felietonach świeckich publicystów. Znajdzie ją w Ewangelii, w naukach Ojców Kościoła, w encyklikach papieskich sprzed 1958 roku – tam, gdzie mówi się prawdę o człowieku: że jest stworzony przez Boga, odkupiony Krwią Chrystusa i powołany do życia wiecznego. W tym kontekście każda uczciwa praca ma sens – bo każdy uczciwy trud może być ofiarowany Bogu.
Za artykułem:
Czy wiecie, jak to jest pracować bez sensu? (tygodnikpowszechny.pl)
Data artykułu: 09.06.2026




