Portal Tygodnik Powszechny (14 kwietnia 2026) publikuje refleksję nad kończącą się karierą piłkarza Roberta Lewandowskiego, próbując w jego sportowej egzystencji odnaleźć uniwersalne świadectwo ludzkiej bezbronności wobec praw natury. Megagwiazda futbolu, przedstawiana jako najsławniejszy obecnie Polak, staje się dla autora punktem wyjścia do rozważań o fenomenie długowieczności idola, który przez lata był niemal domownikiem w milionach rodzin. Jednakże ten sentymentalny opis sportowej aktywności jest jedynie przejmującym świadectwem duchowej próżni współczesnego społeczeństwa, które w braku sakramentalnego sensu życia, szuka ukojenia w kultach zastępczych.
Kult ciała i bożkowie masowej wyobraźni
Dekonstrukcja tekstu ujawnia przerażający proces, w którym sportowiec, pełniący funkcję idola, zostaje wyniesiony do rangi niemalże metafizycznej. Autor pisze: „Megagwiazdor Barcelony zajmuje wyjątkową pozycję wśród wszystkich poruszających masową wyobraźnię gigantów polskiego sportu”. Ta „masowa wyobraźnia” staje się współczesną świątynią, w której wyznawcy składają hołd sprawności fizycznej. W tradycji katolickiej ciało jest świątynią Ducha Świętego, a życie ludzkie jest pielgrzymką ku wieczności. W artykule zaś, ciało jest jedynie narzędziem sukcesu, a jego „bezbronność wobec przemijania” staje się źródłem „melancholii”. Ta melancholia to rozpacz człowieka, który złożył cały swój kapitał nadziei w doczesności, zapominając, że dla katolika starość i śmierć to nie tragedia, lecz zbliżanie się do celu ostatecznego.
Język tekstu jest przesiąknięty słownictwem typowym dla religii zastępczych. Słowa „idol”, „ikona”, „fetowaliśmy”, „ubóstwiani” nie są użyte przypadkowo. One demaskują, jak bardzo współczesny świat, odrzuciwszy prawdziwą cześć należną Bogu, próbuje wypełnić pustkę w sercu człowieka poprzez kult osób z pierwszych stron gazet. Nie jest to jedynie sportowy komentarz, ale aktywna partycypacja w bałwochwalczym procesie, w którym jednostka zostaje postawiona na piedestale, a jej regularność w strzelaniu bramek – celebrowana z niemal religijną czcią.
Sport jako substytut uczestnictwa w życiu nadprzyrodzonym
Z perspektywy teologii katolickiej, sytuacja opisana w artykule jest wyrazem naturalizmu – błędu potępionego wielokrotnie przez Magisterium, który wyklucza nadprzyrodzony cel ludzkiej egzystencji. Autor z wielkim przejęciem pisze o „bezwzględnej dla przeciwników regularności” i „obłędnym tempie” piłkarza. Jest to typowy przykład naturalistycznego humanitaryzmu, gdzie sprawność fizyczna i sukces w rywalizacji stają się wyższymi wartościami, o które należy drżeć. Pominięcie w tak długiej refleksji jakiegokolwiek odniesienia do porządku nadprzyrodzonego, do tego, że człowiek ma duszę nieśmiertelną, której los jest ważniejszy niż jakikolwiek wynik sportowy, jest duchowym okrucieństwem.
Prawdziwa wielkość człowieka nie mierzy się tym, jak długo pozostaje on w szczytowej formie sportowej, ale tym, jak wiernie przestrzega Bożych Przykazań i jak realizuje swoje powołanie do świętości. Artykuł, sugerując, że „bezbronność wobec przemijania” jest czymś, co budzi lęk, odmawia czytelnikowi nadziei chrześcijańskiej. Dla wierzącego katolika przemijanie jest „błogosławioną godziną”, gdyż przybliża spotkanie z Chrystusem Królem. Tymczasem „Tygodnik Powszechny” promuje postawę, w której przemijanie idola jest końcem świata i źródłem głębokiego smutku.
Symptomatyczne milczenie o celu ostatecznym
Najcięższym oskarżeniem wobec komentowanego artykułu jest jego całkowite milczenie o sprawach nadprzyrodzonych. W tekście, który ma być próbą zmierzenia się z „bezbronnością wobec przemijania”, nie pada ani jedno słowo o modlitwie, o sakramentach, o przygotowaniu na śmierć, o sądzie ostatecznym. To nie jest błąd autora, lecz systemowa cecha mentalności posoborowej, która zredukowała wiarę do sentymentalnej refleksji nad „trudami życia”, całkowicie usuwając z niej orędzie o zbawieniu duszy.
Autor zauważa, że sportowiec staje się „niemal domownikiem”. Jest to symptomatyczne dla sekty posoborowej, która usunęła Chrystusa z centrum życia publicznego, zastępując Go celebrytami. Gdy Chrystus Król nie panuje w umysłach i sercach, miejsce to zajmują bożki sportu, muzyki czy polityki. Artykuł jest zatem nie tyle refleksją nad sportem, co zapisem duchowego bankructwa. Zamiast wskazać czytelnikom na jedyne źródło prawdziwego pokoju, które jest w Bogu, sugeruje, że „długie pożegnanie” z idolem jest czymś, co powinniśmy przeżywać z melancholią, nie martwiąc się zbytnio, bo „epoka Lewego” po prostu mija. To pustka ubrana w słowa o przemijaniu.
Tylko Chrystus jest odpowiedzią na przemijanie
Prawdziwym lekarstwem na lęk przed przemijaniem nie jest „długie pożegnanie” z piłkarzem, ale zjednoczenie własnego cierpienia i trudu z Ofiarą Chrystusa na Krzyżu. Kościół Katolicki, w swojej niezmiennej doktrynie, uczy, że człowiek został stworzony dla Boga i serce jego będzie niespokojne, dopóki nie spocznie w Nim. Kult celebrytów, promujący skupienie się na ziemskiej chwale, jest duchowym oszustwem, które utwierdza wiernych w naturalistycznej iluzji.
Podczas gdy świat masowy szuka pocieszenia w melancholijnych wspomnieniach o bramkach i zwycięstwach, wierni katolicy powinni szukać oparcia w niezmiennej Prawdzie, sprawowanej w ważnej Mszy Świętej i sakramentach udzielanych przez ważnie wyświęconych kapłanów. To tam, a nie w mediach społecznościowych czy na stadionach, znajduje się jedyna odpowiedź na „naszą bezbronność wobec przemijania”. „Błogosławieni, którzy w Panu umierają” (Ap 14,13 Wlg). Tylko w Królestwie Chrystusa, które nie jest z tego świata, człowiek może znaleźć prawdziwy odpoczynek od „morderczego rytmu” życia, o którym tak ubolewa autor.
Za artykułem:
Kończy się epoka Lewego. Ale nie martwmy się, to będzie długie pożegnanie (tygodnikpowszechny.pl)
Data artykułu: 14.04.2026






