Pamiętacie czasy, gdy ludzie radośnie zwalali się sobie wzajemnie na głowy?

Podziel się tym:

Portal „Tygodnik Powszechny” (16 czerwca 2026) publikuje felieton Olgi Drendy, która rozważa zmiany w obyczajowości międzyludzkiej – od radości z wzajemnego „zwalania sobie na głowy” w „starych, dobrych czasach” po współczesną płatną prywatność i dystans. Autorka, badaczka kultury, analizuje zjawisko przejścia od społeczeństwa wysokiego kontekstu do niskiego, opisując nostalgiczny obraz sąsiedzkiej bezrefleksyjności jako coś pożądanego, choć nieosiągalnego. Tekst, choć niewinny w swoim przesłaniu, jest jednak symptomatycznym dokumentem duchowej pustki, w jakiej funkcjonuje współczesny człowiek – pustki, której nie da się wypełnić ani psychologicznymi kategoriami antropologii, ani płatną prywatnością, ani wspomnieniami o „wewnętrznym Staszku”.


Nostalgia za światem bez Chrystusa – iluzja zbawienia przez relacje

Felieton Olgi Drendy, opublikowany w „Tygodniku Powszechnym”, jest pozornie niewinnym esejem o zmianach obyczajowych w relacjach sąsiedzkich i towarzyskich. Autorka maluje obraz „starych, dobrych czasów”, gdy ludzie „radośnie zwalali się sobie wzajemnie na głowy”, przygotowując tony kanapek i siedząc do rana „u Miśków” czy „u Staszków”. To nostalgiczne wspomnienie, które sama autorka nazywa „zwodniczym”, staje się jednak punktem wyjścia do głębszej refleksji nad współczesnym społeczeństwem – refleksji, która pomija fundamentalną prawdę o człowieku i jego powołaniu.

Problem nie polega na tym, że ludzie dziś unikają wzajemnego obciążania się – problem polega na tym, że cała analiza prowadzona jest w wyłącznie naturalistycznych kategoriach, bez najmniejszego nawiązania do nadprzyrodzonego porządku, w którym człowiek znajduje swoje prawdziwe spełnienie. Autorka, posługując się językiem antropologii świeckiej (Edward T. Hall, społeczeństwo wysokiego i niskiego kontekstu), opisuje zjawisko, które w perspektywie katolickiej jest objawem głębszej choroby – choroby, której nie da się wyleczyć psychologicznymi kategoriami czy płatną prywatnością.

Pius XI w encyklice Quas Primas (1925) nauczał, że „Królestwo Odkupiciela naszego obejmuje wszystkich ludzi” i że „nie masz w żadnym innym zbawienia. Albowiem nie jest pod niebem inie imię dane ludziom, w którym byśmy mieli być zbawieni” (Dz 4,12). Tymczasem felieton Drendy, mówiąc o potrzebie bliskości i zaufania, całkowicie pomija Tego, który jest jedynym Źródłem prawdziwej wspólnoty i prawdziwego pokoju. Zamiast tego proponuje „wewnętrznego Staszka” – psychologiczną kompensację za brak autentycznych relacji, które w prawdziwym Kościele znajdują swoje uobecnienie we wspólnotie wiernych, w sakramentalnym życiu, w miłości Chrystusa, która „jest cierpliwa, jest łaskawa, miłość nie zazdrości, nie szuka swego” (1 Kor 13,4).

Język psychologii jako substytut języka zbawienia

Analiza językowa felietonu ujawnia, że słownik, w którym operuje autorka, jest słownikiem psychologii i antropologii świeckiej, a nie teologii. Mówi się o „społeczeństwie wysokiego kontekstu” i „niskim kontekście”, o „normach grzeczności”, o „prywatności”, o „wewnętrznym Staszku”. Te kategorie są same w sobie neutralne, ale w kontekście refleksji nad ludzkimi relacjami są całkowicie niewystarczające. Św. Pius X w encyklice Pascendi Dominici gregis (1907) demaskował modernistów, którzy redukowali wiarę do „uczucia religijnego” i subiektywnego przeżycia. Felieton Drendy, w swojej czysto świeckiej analizie, nie jest modernistyczny – jest po prostu świecki. Jednakże brak jakiegokolwiek nawiązania do nadprzyrodzonego wymiaru ludzkich relacji sprawia, że nawet najpiękniejszy gest bliskości zawisa w próżni.

Autorka przyznaje, że „idealizują, bo chcieliby mieć w życiu kogoś, na kogo można zawsze liczyć” – ale nie podpowiada, że jedynym, na kogo można zawsze liczyć, jest Chrystus, który powiedział: „Oto ja jesteńcie ze mną po wszystkie dni aż do skończenia świata” (Mt 28,20). Zamiast tego proponuje „pielęgnować wewnętrznego Staszka w sobie” – co jest nie tyle rozwiązaniem, co ucieczką od rzeczywistości, w której człowiek samotny szuka spełnienia w sobie samym, zamiast szukać go w Bogu i w wspólnotie wiernych.

Pius IX w encyklice Quanto Conficiamur Moerore (1863) nauczał, że „wiara katolicka naucza, iż nikt nie może być zbawiony poza Kościołkiem katolickim”. To nauczanie, choć dziś odrzucane przez struktury posoborowe, pozostaje niezmienną prawdą. Felieton Drendy, mówiąc o potrzebie bliskości i zaufania, nie tylko przemilcza tę prawdę, ale sugeruje, że spełnienie można znaleźć w psychologicznym samorozwoju – co jest formą naturalizmu, który Pius X potępił jako herezję modernistyczną.

„Wewnętrzny Staszek” – katolicka asceza czy świecka iluzja?

Najbardziej symptomatycznym fragmentem felietonu jest zdanie: „Choć oczywiście warto zapewne pielęgnować wewnętrznego Staszka w sobie, na wszelki wypadek.” To zdanie, pozornie żartobliwe, jest w istocie bolesnym świadectwem duchowej pustki, w jakiej przyszło funkcjonować współczesnemu człowiekowi. Zamiast szukać prawdziwej wspólnoty w Kościele, zamiast budować relacje oparte na miłości Chrystusa, zamiast pielęgnować życie sakramentalne – człowiek ma „pielęgnować wewnętrznego Staszka w sobie”. To jest duchowa katastrofa w miniaturze.

Św. Paweł Apostoł napisał: „Już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2,20). To jest prawdziwy „wewnętrzny Staszek” – Chrystus, który mieszka w duszy w stanie łaski, który jest Źródłem prawdziwej miłości, prawdziwego zaufania, prawdziwej bliskości. Felieton Drendy, zamiast wskazać na tę prawdę, proponuje człowiekowi, żeby szukał spełnienia w sobie samym – co jest nie tyle radą, co diagnozą choroby współczesnego świata, w którym człowiek, odwrócony od Boga, szuka Boga w sobie.

Pius XI w Quas Primas podkreślał, że „Chrystus króluje w umysłach ludzi”, „w woli ludzi” i „w sercach ludzi”. To królowanie nie jest psychologiczną kompensacją, ale realnym, sakramentalnym, żywym obecnością Chrystusa w duszy wiernego. Felieton Drendy, mówiąc o „wewnętrznym Staszku”, przemilcza tę prawdę – i tym samym pozostawia czytelnika w duchowej próżni, w której jedyną alternatywą jest płatna prywatność lub nostalgiczna idealizacja przeszłości.

Zmiana obyczajowa jako symptom apostazji

Felieton Drendy opisuje zmianę społeczną – przejście od społeczeństwa wysokiego kontekstu do niskiego – jako neutralne zjawisko, które ma swoje plusy i minusy. Jednakże w perspektywie katolickiej ta zmiana jest nie tylko obyczajowa, ale duchowa. Św. Pius X w dekrecie Lamentabili sane exitu (1907) potępił jako błąd twierdzenie, że „Kościół jest wrogiem postępu nauk przyrodniczych i teologicznych” (propozycja 57). Zmiana opisana przez Drendę – od wzajemnej zależności do płatnej prywatności – jest objawem głębszego procesu: procesu indywidualizacji, w którym człowiek, odwrócony od Boga i od wspólnoty, zamyka się w sobie samym.

Autorka przyznaje, że „za możliwość niewchodzenia sobie nadmiernie w drogę, prywatność i możliwość ustanowienia nowych norm grzeczności ludzie są gotowi zapłacić wysokie sumy”. To jest dokładnie ten sam proces, który Pius XI opisywał w Quas Primas: „Gdy Boga i Jezusa Chrystusa usunięto z praw i z państw i gdy już nie od Boga, lecz od ludzi wywodzono początek władzy, stało się iż zburzone zostały fundamenty pod tąż władzą, gdyż usunięto główną przyczynę, dlaczego jedni mają prawo rozkazywać, drudzy zaś mają obowiązek słuchać.”

W świecie, w którym Chrystus jest usunięty z życia publicznego i prywatnego, człowiek szuka spełnienia w płatnej prywatności, w psychologicznym samorozwoju, w nostalgicznej idealizacji przeszłości. To jest prawdziwa tragedia naszych czasów – tragedia, której felieton Drendy jest jednocześnie opisem i symptomem.

Prawdziwa wspólnota poza murami świeckiego świata

Czytelnik felietonu, poszukujący prawdziwej nadziei, musi zostać wyprowadzony z błędu. Nie ma prawdziwej bliskości poza Chrystusem i Jego Kościołem. Tym Kościołem nie są jednak struktury posoborowe, które odrzuciły niezmienną wiarę i stały się synagogą szatana. Prawdziwy Kościół katolicki trwa tam, gdzie sprawowana jest ważna Msza Święta, gdzie udzielane są ważne sakramenty, gdzie naucza się niezmienniej doktryny, a Chrystus Król panuje niepodzielnie.

Tam, a nie w „wewnętrznym Staszku”, dusza znajduje prawdziwe ukojenie. Tam, a nie w płatnej prywatności, człowiek znajduje prawdziwą wspólnotę. Tam, a nie w nostalgicznej idealizacji przeszłości, człowiek znajduje prawdziwe spełnienie – spełnienie, które jest udziałem wszystkich świętych, którzy „z chwałą otoczyli nas jak chmura” (Hbr 12,1).

Pius IX w Quanto Conficiamur Moerore napisał: „Niech więc nie odmawiają władcy państw publicznej czci i posłuszeństwa królującemu Chrystusowi, lecz niech ten obowiązek spełnią sami i wraz z ludem swoim, jeżeli pragną powagę swą nienaruszoną utrzymać, i przyczynić się do pomnożenia szczęśwa swej ojczyzny.” To jest wezwanie, które felieton Drendy przemilcza – i tym samym pozostawia czytelnika w duchowej próżni, w której jedyną alternatywą jest świat bez Chrystusa, świat, w którym „wewnętrzny Staszek” jest jedyną nadzieją samotnego człowieka.


Za artykułem:
Pamiętacie czasy, gdy ludzie radośnie zwalali się sobie wzajemnie na głowy?
  (tygodnikpowszechny.pl)
Data artykułu: 16.06.2026

Więcej polemik ze źródłem: tygodnikpowszechny.pl
Podziel się tą wiadomością z innymi.
Pin Share

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Przewijanie do góry
Ethos Catholicus
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.